Camping da Vinci – miejsce położone w środku cytrynowego sadu

Gdy się obudziłam, było prawie południe. Dziewczyny dawno musiały już nie spać, ponieważ żadnej z nich nie było w pokoju, psów także. „Czas zobaczyć to miejsce w dzień” – pomyślałam i wyszłam z pokoju. Valerio przywitał mnie kawą, co było naprawdę sympatyczne!

Po kawie i kilku ciastkach (tak, tak, tak wygląda zdrowe, włoskie śniadanie!;-)) wyszłam na zewnątrz. I… zamarłam ze zdziwienia – wokół roztaczał się cytrynowy sad, z drzewami uginającymi się pod ciężarem cytryn. Słońce, wiatr i cisza… „Daleko jest stąd do morza?” – zapytałam właściciela. „Około 20 min. pieszo” – usłyszałam odpowiedź Valerio.  „Cóż za miejsce, w środku niczego – można byłoby powiedzieć” – pomyślałam. Głośno zapytałam zaś: „Możemy zobaczyć całość tego miejsca?”

Valerio oprowadził nas po całości swojej posiadłości. Wyjaśnił, że najczęściej przyjeżdżają do niego Palermianie. Cudzoziemcy są gośćmi bardzo sporadycznie – co zresztą nie było dla nas zaskoczeniem. Po zobaczeniu całości kempingu – miejsca do grillowania, miejsca do wspólnych posiłków, części sanitarnej, recepcji i ciągnących się drzew cytrynowych, wśród których można rozbić namiot, zdecydowaliśmy się pojechać nad morze.

Tego mi było potrzeba – ciągnące się kilometrami plaże i szum fal. Zachwyt, radość i spokój – poczułam wewnątrz. Cudownie!!!

Żałowałam nieco, że woda jest jeszcze lodowata oraz że plaża pokryta jest algami. Valerio wyjaśnił nam, że obecność alg oznacza, że woda jest naprawdę czysta, ponieważ te rośliny bardzo szybko wymierają w wodzie zanieczyszczonej. „Oooo…” – zdziwiłyśmy się we trzy. „Pod koniec kwietnia, służby porządkowe przygotują plaże zbierając algi”. „Super” – pomyślałam. Dodatkowo jak się okazało, że plaże podczas sezonu nie są bardzo przeludnione: „Kolejny PLUS!” – pomyślałam. Nie ma to jak pojechać na wakacje i potykać się o innych ludzi! Nienawidzę takich plaż!

Około 19.00 wróciliśmy na kemping. Czas wyruszać w drogę powrotną do Palermo.

Dodaj komentarz