Confetti – wspomnienie o ważnym wydarzeniu

Ciao! Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku! Obiecałam sobie, że jednym z moich noworocznych postanowień będzie częstszy kontakt z Wami, a co za tym idzie częstsze dzielenie się moim doświadczeniem w odkrywaniu uroków (ale i nie tylko!) Sycylii wyspy (nie) zwykłej i jej mieszkańców oraz ich tradycji i kultury.

 

A więc już teraz zaczynamy:  confettconfettii… Czy nie kojarzą Wam się z karnawałem? Właśnie z okresem kolorowych balów w maskach, tanecznymi rytmami muzyki, paradami ciągnącymi się poprzez miasta? Natomiast same konfetti nie kojarzą Wam się z małymi, kolorowymi, często okrągłymi kawałeczkami papieru, które są wysypywane na uczestników tworząc wokół niezapomniany bajkowy czar? Tak?

 

Hmmm… a więc muszę Wam powiedzieć, że właśnie tak myślałam dopóki nie przeprowadziłam się na Sycylię.  Cóż Moi Drodzy, jeśli ktoś na Sycylii wspomni Wam o „Confetti” (pisownia przez „c”) ma na myśli małe podarunki, które podczas ważnego wydarzenia rodzinnego lub wśród przyjaciół, np. ślubu, komunii lub narodzin dziecka, obrony pracy magisterskiej i innych ważnych uroczystości przekazywane są uczestnikom na pamiątkę. Zatem możemy powiedzieć, że Confetti stanowią rodzaj wspomnienia o ważnym wydarzeniu.

 

Ale co to dokładnie jest? To małe cukierki, podobne wyglądem do ememensów o kolorze zróżnicowanym w zależności od wydarzenia i tak np. białe rozdawane są podczas okazji mających związek z sakramentami: ślubów, chrzcin, komunii, zielone są związane z zaręczynami, czerwone – są elementem świętowania obrony pracy magisterskiej, różowe lub niebieskie są zarezerwowane na uroczystości w związku z narodzinami – w zależności od płci dziecka. Różne kolory confetti są także kojarzone z konkretnymi “okrągłymi” rocznicami ślubu.

Confetti na ślub

http://www.dicristofalo.com/prodotti/saccoccini-matrimonio/sacchettino-semplice-completo-di-confetti/

Confetti na obronę pracy magisterskiej

http://www.dicristofalo.com/prodotti/saccoccini-laurea/sacchetto-confetti-per-laurea/

Confetti z okazji narodzin dziecka

http://www.dicristofalo.com/prodotti/saccoccini-battesimo-e-nascita/bomboniera-saccoccino-a-forma-di-ciuccio/

 

Oczywiście, te pokazane powyżej w kształcie małych sakiewek są najbardziej tradycyjnymi. Oprócz cukierków dodawana jest zawsze karteczka upamiętniającą wydarzenie, np. z imionami państwa młodych i ich datą ślubu. Jednak, w zależności od zasobności naszego portfela możemy dowolnie wybierać formę jaką mogą przybrać confetti.

Zgodzicie się, że to bardzo fajny zwyczaj? I słodkie wspomnienie?

Campofelice – piękne miejsce na plażowanie

 

Jednego ze słonecznych sobotnich poranków otrzymałam zaproszenie od Miriam i Gero  – Jedź z nami do Campofelice. Odpoczniemy trochę od hałasu miasta, zrelaksujemy się i zrobimy coś dobrego do jedzenia!  A gdzie to jest? – zapytałam. W odpowiedzi usłyszałam, że 60 km od Palermo, w stronę Cefalu’ i można tam dojechać pociągiem. Super! – pomyślałam i zaczęłam pakować podręczne rzeczy na jedną noc.

Miriam i Gero są moimi włoskimi znajomymi, z którymi uwielbiam spędzać czas, ponieważ mają bardzo dużo pozytywnej energii, którą zarażają wszystkich wokół :-).

Jednak zaplanowane obowiązki domowe pozwoliły mi wyruszyć dopiero po południu.  Pomimo, że podróż z Palermo pociągiem zajmuje tylko 40 min kiedy dojechałam do Campofelice było już ciemno. Ze stacji, autkiem SMART zabrał mnie Gero. Miriam czekała w domu przygotowując aperitivo.

Musicie widzieć, że SMART oprócz Fiata 500, jest najbardziej popularnym autkiem na Sycylii. Dlaczego? Niestety liczba samochodów w stosunku do możliwości parkowania jest tak duża, że Sycylijczycy są w stanie zaparkować swoje auta wszędzie. W tych okolicznościach i często wręcz drapieżnym szukaniu miejsca parkingowego, SMART sprawdzają się najlepiej. Dodatkowym atutem są niewielkie gabaryty tego autka, a jeśli weźmiemy pod uwagę wąskie uliczki w każdym mieście Sycylii, przestajemy się dziwić dlaczego to auto jest najczęściej kupowanym autem miejskim. Minusem jest jego dwuosobowość. Jednak, pomimo że byliśmy we trójkę i mieliśmy tylko jedno autko (SMART) nie zrezygnowaliśmy z wieczorno – nocnej wizyty w Cefalu’.

Niedziela, powitała nas słońcem. Pogoda jak czerwcu w Polsce – pomyślałam, patrząc na zegarek. Była 11.00!!! Nie pamiętam kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się tyle spać! Korzystając z pięknego słonka i ciepła wyszłam jak najszybciej na zewnątrz… i…!  przyjeżdżając do Campofelice w nocy, nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wokół jest niesamowicie pięknie i cicho!

Po skromnym włoskim śniadanku czas wreszcie zobaczyć morze i plażę 🙂 Gero, mnie uświadomił, że domek znajduje się w 10minutowej pieszej odległości od morza! O jak dobrze!!! 🙂

Po wielkim spacerze, obiedzie, nadszedł czas powrotu do Palermo. Ach… jaka szkoda! 🙂

Pomoc medyczna na Sycylii – co zrobić?

Nowa Strona w Praktyczniku !

Może zacznę od tego, że wybierając się na Sycylię (tak jak do innego kraju UE lub EFTA) powinniście postarać się o kartę EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) lub wykupić polisę KL (koszty leczenia za granicą). Życzę Wam jednak abyście ani z jednej ani z drugiej opcji nie musieli korzystać :). Jeśli jednak zdarzy Wam się niespodzianka zdrowotna, z którą nie będziecie mogli poczekać na powrót do kraju (i tutaj wskazówki muszę podzielić): Więcej informacji w naszym praktyczniku lub pod tym linkiem: http://wp.me/P3jJG9-nt

Portopalo – dzień lenistwa i zwierzątek :-)

Obudziło nas piękne słonko i szum morza. Ojej… jak uroczo! Bosko, tak obudzić się i słuchać szumu fal!!! Dziewczyny jeszcze spały, gdy ja zdecydowałam się na spacer wzdłuż plaży oraz odwiedziny tego uroczego miasteczka – Portopalo. „Potrzebuję kawy, croissante i weterynarza dla nowego zwierzątka…” – pomyślałam i wyruszyłam w nowy teren. Uwielbiam chodzić wzdłuż morza, chłonąć morskie powietrze i dać się porwać falom moich myśli. Jak tutaj pięknie! Widać od razu, że wiosna zawitała! 🙂

Po jakiś czasie, z plaży skręciłam w drogę prowadzącą do miasteczka. Tak samo jak w Montedoro, spotkałam się z bacznymi spojrzeniami mieszkańców. Nawet nie udawali, że mnie obserwują. Niesamowite… jak w takim miasteczku czas zwalnia tak bardzo, że prawie się zatrzymuje, że ktoś zupełnie obcy jest już pewnego rodzaju „rozrywką”.

Przyglądając się mijanym sklepom i barom, zastanawiałam się gdzie mogę znaleźć weterynarza. W końcu postanowiłam zapytać jednego z „bacznych obserwatorów”. „Właśnie Pani minęła jego dom. To ten żółty, dwa domy wcześniej…” – usłyszałam i nie wierzyłam własnym uszom, że właśnie teraz zdecydowałam się zapytać (a muszę wam powiedzieć, że przeszłam już prawie całe miasteczko!)

Zadzwoniłam. Otworzyła mi starsza Włoszka, mówiąc że jej syn jest w pracy w pobliskim Pachino (miasto położone 8 km od Portopalo) i abym przyszła z psami po południu, około 14.30, ponieważ wtedy będzie w domu. Świetnie! Wizyta zamówiona, wracałam zadowolona. Teraz, kawa i rogalik –  zasłużone śniadanie. Następnie inna część miasteczka do zwiedzania. Wracałam plażą do moich współtowarzyszek podróży, przyszłam od drugiej strony do naszego miejsca zamieszkania.

Przywitałam ich dobrymi wiadomościami i… wyciągnęłam swój śpiwór na trawkę. Usnęłam w ciągu 2 min. Kiedy się obudziłam było dawno popołudniu, słońce było wysoko i czas naglił, aby się powoli zebrać do weterynarza. Oooo…wyciągnęłam…

Poszłyśmy we trzy i oczywiście dwa psy. Pan weterynarz je obejrzał, po czym zaprosił nas do swojej kliniki w Pachino, aby wykonać wszystkie niezbędne zabiegi. Pojechałyśmy.

Pachino okazało się uroczym miasteczkiem, natomiast pan weterynarz znającym się na swojej pracy lekarzem. Wszyscy byli zadowoleni, dopóki nie zaburczało nam w brzuchach i nie zaczęłyśmy szukać miejsca, w którym można kupić coś do jedzenia dla wegan i wegetarian. Jeden z mieszkańców Pachino powiedział nam, że takie miejsce jest w oddalonym o 3 km Marzameni. Pojechałyśmy – czemu nie?

Hmm.. Pan tylko zapomniał powiedzieć nam o tym, że we wtorki ta restauracja jest zamknięta… Zaczęłyśmy w takim razie szukać czegoś innego. W końcu trafiłyśmy na bardzo urocze miejsce niedaleko morza, w którym znalazło się dla każdego coś dobrego!!

W międzyczasie Pati dodzwoniła się do jednego z przyjaciół Luki – Valerio. Okazało się, że Valerio jest właścicielem kempingu – Camping  da Vinci, położonego blisko morza i rezerwatu naturalnego – Riserva Naturale Orientata Oasi fauristica di Vendicari. Zatem bardzo szybko podjęłyśmy decyzję o pojechaniu właśnie tam.

Była 24.00 kiedy dojechałyśmy na miejsce.

Ragusa – magiczne miasto podzielone na dwie części

Ragusa powitała nas mrokiem, a mnie noclegiem w hotelu. W końcu mogłam podładować komputer, telefony komórkowe, baterie do aparatu fotograficznego i oczywiście popisać nieco 🙂

Jednak, zanim na dobre zagościłam w hotelu, poszłyśmy wypić gorącą herbatę i zjeść coś słodkiego. Ooo… jak mi się marzyły ciasteczka owsiane… No cóż, mogłam się tylko oblizać… ponieważ: miasto o 21.30 w zasadzie było wymarłe (należy pamiętać, że była to Niedziela Wielkanocna!). Po trudach szukania, w końcu znalazłyśmy otwartą knajpkę, a w niej upragnioną herbatę !!! Ale moich ciasteczek nie mieli!!

W międzyczasie odezwał się Luka… Aby wam uzmysłowić kierunki, to mniej więcej jest tak jakbyśmy były w Warszawie, Luka w Poznaniu, a my zdecydowałyśmy się pojechać do Lublina… Średnio po drodze…Ba!! W ogóle!!! Podczas rozmowy telefonicznej okazało się jednak, że Luka wraz ze swoimi przyjaciółmi zaprasza nas na Pasquetta w okolicy Gela… Ufff (czyli taki nasz Rzeszów).. Oznacza to, że jesteśmy bliżej tego miejsca niż on sam! Super!! Miejsce spotkania, poniedziałek (jutro), godz.11., Gela.

Ale, ale… przecież jeszcze nie zobaczyłyśmy Ragusa…!! Co robimy?? Razem z Pati chcemy zobaczyć to miasto, Lusi zaś woli spotkać się ze swoim przyjacielem…. W końcu decydujemy – od 8.00 rano do 10.00 zwiedzamy Ragusę, potem jedziemy do Geli na spotkanie z Luką.

No cóż, ale jak się domyślacie – plany, planami… a rzeczywistość, nie zawsze wpasowuje się w to co zaplanowaliśmy. I tak było tym razem. Jadąc autkiem założyłyśmy, że obie Ragusa – Ragusa Superiore (część młodsza, bardziej nowoczesna) i Ragusa Ibla (Stare Miasto) są obok siebie. Zatem zostawiłyśmy autko, aby nie jechać do samego centrum gdzie może być problem z parkingiem, i wybrałyśmy się pieszo.

Jednak okazało się, że Ragusa Ibla jest położona na innym wzgórzu co oznaczało 20 – minutową pieszą wędrówkę ulicą „Via Scala”, która jako jedyna łączyła obie Ragusa.

Obie części Ragusa są warte zobaczenia. Nie można ich porównać – to tak jakby dwa różne miasteczka, z inną zabudową i atmosferą. Zatem każdy w Ragusa powinien znaleźć coś dla siebie 🙂

Zrobiło się późno.Wiedziałyśmy, że nie zdążymy na czas do Geli. Początkowa nieznajomość odległości pomiędzy jedną a drugą Ragusą, pogubienie drogi, poranna kawa – to wszystko razem spowodowało, że godzina 11.00 była zupełnie nierealną… Zadzwoniłyśmy do Luki. Okazało się, że on ze swoimi przyjaciółmi także ma „poślizg czasowy”. Chociaż raz brak włoskiej punktualności na coś przydał!!! 😉

O 11.00 wyjechałyśmy z Ragusa, podążając w kierunku Gela. W umówione miejsce dotarłyśmy na czas (!) i okazało się, że oprócz Luka, jest jeszcze 10 innych osób.  „Przynajmniej w Wielki Poniedziałek nie będę się czuła sama :-)!!”–   myślałam. Szczególnie, że od wielu moich włoskich przyjaciół i znajomych słyszałam powiedzenie: „Natale con i tuoi e Pasqua con chi vuoi”, co oznacza  – „Święta Bożego Narodzenia z rodziną (w znaczeniu – spędzaj zawsze z rodziną/rodzicami), Święta Wielkanocne – z kim chcesz (w znaczeniu – spędzaj je ze swoimi przyjaciółmi lub znajomymi).” Nie wiem jak wam ale mi się bardzo podoba to powiedzenie, ponieważ nie tylko rodzina jest ważną częścią naszego życia. Dla mnie ważni są także przyjaciele.

Po wszystkich powitaniach, uprzejmościach i krótkich rozmowach, wyruszyliśmy. Jak się okazało, po 30 min dojechaliśmy do letniskowego domu jednego z przyjaciół Luka, położonego 20 km za Gela. Oprócz nas, była już na miejscu cała rodzina przyjaciela Luka wraz z jego babcią i ciocią. Możecie mi nie wierzyć, ale jak nigdy, ten gwar, wspólne grilowanie, popijanie wina przywróciło mnie do życia. 🙂 Odczułam jak ważne są takie spotkania, kiedy spotyka się przy stole kilka pokoleń (najmłodszy członek uczestniczący w naszym spotkaniu miał 2 lata, najstarszy natomiast – 70!).

Czas szybko płynął. Po rozmowach z Luka doszłyśmy do wniosku, że pojedziemy na sam „koniec” południowo – wschodniej części Sycylii – do Portopalo. Luka podał nam telefony do swoich 2 przyjaciół – z których jeden prowadził camping. Powiedział nam: „Dzwońcie do nich, powiedzcie że jesteście ode mnie, na pewno wam pomogą w noclegu…” Ucieszyłyśmy się i około 19.00 wyruszyłyśmy w drogę.

Usnęłam – byłam tak zmęczona ostatnimi dniami, że nie potrafiłam dłużej funkcjonować przy dotychczasowej ilości snu. Obudziła mnie nierówności drogi – samochód raz wjeżdżał w dół, po czym z niego wyjeżdżał… wokół była istna ciemność! „Gdzie jesteśmy?” – pomyślałam. „Co się dzieje?”

Po krótkiej rozmowie z Pati – pilotem, okazało się, że nasz zwariowany GPS pokazał taką drogę, którą nie dało się przebyć jadąc szybciej niż niż 15 km/h… pomiędzy trawami, polami i … pod mostem…jednej z głównych dróg… O mój Boże!!! Pod mostem zobaczyłyśmy ognisko. Zaniepokojone brakiem ludzkiej istoty wokół przystanęłyśmy. Lusi wysiadła z samochodu. Do jej nóg podbiegł szczeniak – wyglądał na 4 miesiące… Wyglądał na ucieszonego. Lusi po niedawnej stracie dotychczasowego swojego przyjaciela, nie mogła przejść obojętnie.

Wszystkie trzy zdecydowałyśmy poczekać – „Może, w międzyczasie, przyjdzie ktoś, kto rozpalił to ognisko?” – myślałyśmy. Szczeniak zaś robił wszystko, aby się przymilić. Czas płynął, a nikt się nie pojawiał… W końcu Lusi powiedziała – „Myślicie, że ten pies jest czyjś?” Pati odpowiedziała pierwsza: Spójrz ma coś na kształt obroży… do tego ten ogień… na pewno pies go nie rozpalił…”  Lusi to nie przekonało – „Zastanawiam się, czy nie wziąć tego psa. Wg mnie wygląda na bezdomnego, nawet jeśli jest ktoś kto rozpalił ognisko…” Byłam w szoku. Wiem, że są ludzie, którzy zabierają zwierzątka z ulicy… Ale mi się przytrafiło to po raz pierwszy. Nie wiedziałam co powiedzieć, co powiedzieć…

W końcu, po kolejnych 20 min Lusi podjęła decyzja – „Bierzemy go… jutro pojedziemy z nim do weterynarza, zrobimy pierwsze szczepienie, usuniemy pchły i kleszcze”. Szok, przeżyłam szok. „Odważna jest!” – pomyślałam.

I tak, z nowym zwierzątkiem na pokładzie, po 2 godzinach, przybyłyśmy do Portopalo.  

Caltagirone podczas Wielkanocy

Wielkanoc… Pasqua… powitała nas słońcem w Caltagirone. Około 9.00 wyszłam, aby kupić poranną kawę i croissante. Szłam przez opustoszałe uliczki Caltagirone, szukając otwartego baru. Słonko przygrzewało mocno, a ja przypomniałam sobie jak bardzo lubię poranki. Właśnie taki jak ten: ze słonkiem, z opustoszałymi uliczkami, z budzącym się do życia miasteczkiem. I nagle dotarło do mnie… Są Święta, dzisiaj jest Wielkanoc i jestem… sama… Po raz pierwszy w swoim życiu nie spędzam świąt z najbliższymi, po raz pierwszym czuję się… zagubiona. Czułam smutek, pomimo że moje życie obecne jest wynikiem podjętych wcześniej przeze mnie decyzji. I jak zwykle – podejmując decyzje ZAWSZE wybieramy NAJLEPSZE dla siebie. Potem, gdy mija czas, i możemy je zweryfikować… Cóż, mój czas na weryfikację przypadł na dzień WIELKIEJ NOCY. Niesamowite prawda?

Wracam do autka (tak, spałyśmy tej nocy w autku!), z kawą dla Pati i herbatą dla Lusi. Czas na pobudkę i zwiedzanie Caltagirone.  W pierwszej kolejności szukamy słynnych schodów – La scala di Santa Maria di Monte. Znalazłyśmy! Są!

Caltagirone Caltagirone

Mają 142 stopnie i to właśnie tutaj, zawsze w ostatnią niedzielę maja, urządzana jest jedna z Sagre podczas której, całe schody zamienione zostają w aleję kwiatową! Co roku ta kompozycja przybiera inną postać. Sagre (festiwal) nazywa się „La scala infiorata”. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce właśnie w tym czasie!

Przemierzamy uliczki Caltagirone.

Miasteczko powoli budzi się do życia. Widać osoby w eleganckich ubraniach, z rodzinami, które wyszły na przedpołudniowy spacer. Wszędzie czuć wiosnę. Podczas zagłębiania się w uliczki Caltagirone, rozmawiamy między sobą – co dalej? Ja chciałabym zobaczyć Ragusę, Lusi zaś umówiła się ze swoim przyjacielem Luka, że pojedziemy do Catania, aby razem spędzić drugi dzień świąt, który włosi nazywają „Pasquetta”. Dodatkowo dochodzi dyskusja co i gdzie zjemy?

Wchodzimy do jednej restauracji wskazanej przez miejscową kobietę. Niestety okazuje się, że menu nie przewiduje jedzenia dla wegan. Co więcej, problem mamy także z psem. Rezygnujemy.

W miejscowym barze dziewczyny kupują warzywa. Rozpoczynamy piknik na ławce.

Caltagirone piknik na ławce

Nie mam ochoty na takie jedzenie. Dołącza się do nas Włoch, mieszkaniec Caltagirone. Na końcu języka mam pytanie czemu nie świętuje z rodziną… ale się powstrzymuję… Podczas rozmowy proponuje nam, że chętnie pokaże nam Caltagirone. „Za późno. Już widziałyśmy wszystko. Teraz chcemy zjeść i jechać dalej” – odpowiadamy. Wydaje się być troszkę niepocieszony, ale cóż zrobić…

Po kolejnej dyskusji co dalej i braku jakiejkolwiek odpowiedzi od Luka, w końcu decydujemy się pojechać do Ragusa 🙂 Z pełnymi brzuszkami i minami zdobywców kolejnego pięknego miejsca, wyruszamy w naszą podróż 🙂

Camping da Vinci – miejsce położone w środku cytrynowego sadu

Gdy się obudziłam, było prawie południe. Dziewczyny dawno musiały już nie spać, ponieważ żadnej z nich nie było w pokoju, psów także. „Czas zobaczyć to miejsce w dzień” – pomyślałam i wyszłam z pokoju. Valerio przywitał mnie kawą, co było naprawdę sympatyczne!

Po kawie i kilku ciastkach (tak, tak, tak wygląda zdrowe, włoskie śniadanie!;-)) wyszłam na zewnątrz. I… zamarłam ze zdziwienia – wokół roztaczał się cytrynowy sad, z drzewami uginającymi się pod ciężarem cytryn. Słońce, wiatr i cisza… „Daleko jest stąd do morza?” – zapytałam właściciela. „Około 20 min. pieszo” – usłyszałam odpowiedź Valerio.  „Cóż za miejsce, w środku niczego – można byłoby powiedzieć” – pomyślałam. Głośno zapytałam zaś: „Możemy zobaczyć całość tego miejsca?”

Valerio oprowadził nas po całości swojej posiadłości. Wyjaśnił, że najczęściej przyjeżdżają do niego Palermianie. Cudzoziemcy są gośćmi bardzo sporadycznie – co zresztą nie było dla nas zaskoczeniem. Po zobaczeniu całości kempingu – miejsca do grillowania, miejsca do wspólnych posiłków, części sanitarnej, recepcji i ciągnących się drzew cytrynowych, wśród których można rozbić namiot, zdecydowaliśmy się pojechać nad morze.

Tego mi było potrzeba – ciągnące się kilometrami plaże i szum fal. Zachwyt, radość i spokój – poczułam wewnątrz. Cudownie!!!

Żałowałam nieco, że woda jest jeszcze lodowata oraz że plaża pokryta jest algami. Valerio wyjaśnił nam, że obecność alg oznacza, że woda jest naprawdę czysta, ponieważ te rośliny bardzo szybko wymierają w wodzie zanieczyszczonej. „Oooo…” – zdziwiłyśmy się we trzy. „Pod koniec kwietnia, służby porządkowe przygotują plaże zbierając algi”. „Super” – pomyślałam. Dodatkowo jak się okazało, że plaże podczas sezonu nie są bardzo przeludnione: „Kolejny PLUS!” – pomyślałam. Nie ma to jak pojechać na wakacje i potykać się o innych ludzi! Nienawidzę takich plaż!

Około 19.00 wróciliśmy na kemping. Czas wyruszać w drogę powrotną do Palermo.

Niespodziewany wypadek…

Dzień trzeci przywitał nas słońcem, jednak nie było już tak ciepło jak ostatniego dnia. Wstałam wcześnie, aby być przygotowaną do czekającej nas podróży. Dzisiaj Caltagirone, potem Ragusa – myślałam podśpiewując w duchu.

Razem z Pati zaczęłyśmy sprzątać dom, aby przekazać go właścicielowi czystym. Przyszła Lusi, która była z psami na porannym spacerze. Spojrzałyśmy na psy. Z jednym coś było nie tak. Jego tylnia część trzęsła się w dziwny sposób, tak że biedny piesek ledwo chodził… „Musimy pojechać z nim do lekarza” – powiedziała Patrycja. „Nic mu nie będzie. To już mu się zdarzało” – odpowiedziała Lusi. „No cóż…- pomyślałam – dziwne, ale ok, przecież jest właścicielką, a więc wie lepiej.” Po kilku minutach psu się jednak pogorszyło – dziwne drgania opanowały całe ciało psa w taki sposób, że nie był w stanie utrzymać się na nogach. „Hmm….” – czy to jest faktycznie normalne, tak jak mówiła Lusi? – myślałam. „Lusi, wg mnie coś się dzieje niedobrego z twoim psem, musimy jechać do lekarza” – powiedziałam o tym głośno do Lusi. Jednak miałam wrażenie, że ani moje słowa ani słowa Pati nie przekonały Lusi.  Minęło kolejne 5 minut, gdy taką samą reakcję zobaczyłyśmy u drugiego psa. Tym razem Lusi zareagowała – „Szybko, pomóżcie mi, prawdopodobnie psy zjadły coś niedobrego”.

Pobiegłam do domu Rodziców Giuseppe (sam Giuseppe był w pracy) aby zapytać gdzie mieści się najbliższy weterynarz… Jednak, okazało się, że w tak małej miejscowości nie ma nikogo, kto zajmuje się zwierzętami. Jednak, zaniepokojona mama Giuseppe poradziła mi odwiedzić mieszkającą niedaleko panią, która „sprawowała funkcję” miejscowego weterynarza. Kobieta ta poradziła mi, aby dać psom soli i dużą ilość wody, tak aby spowodować wymioty. Do tego czasu miała ona przyjść z lekarstwem.

Pobiegłam do dziewczyn niosąc ze sobą sól i miskę z wodą. Lusi szybko zaczęła stosować się wskazówek udzielonych przez kobietę. Jednak mając dwa psy, mogła udzielić pomocy tylko jednemu. Nagle drugi pies, który czekał na swoją kolej, zerwał się i zaczął biec. Pati widząc co się dzieje, pobiegła za nim, starając się go dogonić i z powrotem sprowadzić do domu. Jednak pies był szybszy.

W tym samym czasie, obie z Lusi dawałyśmy sól z dużą ilością wody psu, który zaczął wymiotować. Po chwili dotarła do nas pani „weterynarz” z dwoma zastrzykami. Oba zastrzyki zrobiła leżącemu psu. „Miejmy nadzieję, że to pomoże” – pomyślałam. Lusi widząc to, zadecydowała, że jedzie szukać drugiego psa, ja zaś zostałam z tym, któremu podano lekarstwa.

Co za uczucie – kiedy widzicie jak Wasze zwierzątko się męczy – i nie możecie nic zrobić tylko czekać, aż zadziałają zastrzyki. Wokół mnie i psa zaczęła gromadzić się miejscowa społeczność. Niektórzy zaczęli dzwonić do weterynarzy z innych pobliskich miejscowości, jedna z mieszkanek przyniosła pled i okryła pieska; przyszła także pani „weterynarz” z nowym lekarstwem. Wszyscy mieszkańcy chcieli pomóc, niestety w Wielką Sobotę trudno było znaleźć dostępnego weterynarza. Był jeden, jednak trzeba było czekać, ponieważ przeprowadzał operację.

Minęła godzina, potem druga, a ja nie widziałam poprawy… i byłam sama… widząc jak zwierzę cierpi, nie potrafiłam pohamować swoich łez. Wróciła Lusi, aby sprawdzić jak czuje się jej pies… co ja jej mogłam powiedzieć… Bezsilność!!! Ale jaka BEZSILNOŚĆ!

Po kolejnej godzinie, przyjechał jeden z mieszkańców z wiadomością, że operacja się skończyła i weterynarz może zobaczyć tego psa.Jedź z nimi” – usłyszałam od Lusi… „Lusi nie mogę, to jest twój pies, i teraz on ciebie potrzebuje…”- odpowiedziałam. I pojechali… a my wróciliśmy do poszukiwań zaginionego psa. Szukali wszyscy – policja, karabinierzy, miejscowi mieszkańcy… WSZYSCY! Aż znalazła… Pati 🙂 🙂 !! I za chwilę kolejny SZOK! – pies wygląda tak jakby mu się nic nie stało!!! A przecież miał te same objawy co ten leżący na ulicy…! O co tu chodzi???? Czy to możliwe? – pytałam siebie samą…

A potem wypadki potoczyły się same: telefon… łzy… pogrzeb… pies zdechł na stole u weterynarza. Diagnoza – pies musiał zjeść trutkę na szczury… „Na ulicy? Przecież to niemożliwe??” – kolejne pytania przychodziły mi do głowy. Niestety okazało się, że niektórzy mieszkańcy, którym nie podobają się bezpańskie psy, właśnie w ten sposób chcą się pozbyć tego problemu… „Ale to nie humanitarne, przecież! – myślałam – Jak tak można?”

Giuseppe, Alessandro, Fausto i Pan, który zawiózł Lusi z psem do weterynarza, wykopali dół w ziemi… Lusi, potrzebowała nieco więcej czasu na pożegnanie. Zostawiliśmy ją samą – takie miała życzenie.

A potem… potem jak najszybciej opuściliśmy Montedoro, aby dać Lusi odetchnąć. Jednak, tylko jeden pies na „pokładzie”, zamiast dwóch, przypominał jej ten tragiczny dzień, przez całą naszą wyprawę.

Spokojne Montedoro i środek Sycylii – Enna

Montedoro. Piękną pogodą i słońcem rozpoczęłyśmy dzień drugi!! 🙂  Dla mnie pogoda, jak w Polsce w czerwcu, a tutaj mamy koniec marca! i jeśli jeszcze pomyślę, że teraz w Polsce jest powrót zimy… achhh… jak mi dobrze!! Marzy mi się aby zobaczyć Caltanissetta raz jeszcze, ponieważ wczoraj wieczorem stara część tego miasta, rynek, wywarły na mnie duże wrażenie. Ale przy takiej pięknej pogodzie, aż szkoda wracać do miasta… Postanawiamy kupić coś do jedzenia i wyruszamy na podbój Montedoro! 😉

Jak tutaj jest niesamowicie cicho… tylko co jakiś czas mijają nas samochody zaciekawionych mieszkańców. Czuję się jak na spektaklu, w którym to ja jestem aktorem oglądanym przez publiczność! Brrr… nie lubię tego uczucia! kiedy czuję się przez wszystkich obserwowana, kompletnie jak inwigilacja!

Pomimo tej niedogodności, okazało się, że Montedoro jest niesamowitym miasteczkiem, ukrytym pośród gór Sycylii. Mieszkańcy zaś są życzliwi i chętni do rozmów. Duże zainteresowanie wśród nich wzbudzały psy Lusi. Dwa ogromne, bardzo mądre i nader cierpliwe zwierzaki. Ale jakie posłuszne!

Podziwiając uroki miasteczka i jednocześnie odpoczywając od tętniącego życiem i chaotycznego Palermo, w głowie miałam tylko jedną myśl – prezent… Prezent dla Giuseppe, który zgodził się, abyśmy przenocowały w jego domu dwa dni. Jutro wyjeżdżamy i nie mamy nic, co mogłybyśmy mu dać w ramach podziękowania za możliwość noclegu. Sycylijczycy są znani ze swojej otwartości i gościnności. Zawsze, kiedy jesteś w potrzebie możesz liczyć na ich pomoc.

Ale gdzie go tutaj kupić? Enna… miasto położone na wysokości 990 m.n.p.m około 64 km od Montedoro. Położenie geograficzne Enny wskazuje, że znajduje się ona w środku Sycylii. Miasto podzielone jest na 2 części – Enna Alta (Wysoka) i Enna Monte. Enna Alta to część , gdzie zobaczycie Stare Miasto, natomiast Enna Monte, powstała później, w ramach powiększania się miasta i stanowi jego nową część.

Dojechałyśmy do Enny popołudniem, trafiając w sam środek ceremonii Wielkiego Piątku. I znowu, podobnie jak w Caltanissetta, także i tutaj w pochodzie uczestniczyły osoby niosące rzeźby, przebrane w różnoraki sposób. I znowu pochód otaczał miasto przy dźwiękach smutnych pieśni. Cóż za niezwykła forma wyrażenia Drogi Krzyżowej Chrystusa – myślałam…

Kiedy pochód dobiegł końca, nadszedł czas na poszukanie prezentu, a potem na jedzenie. Pierwszy cel osiągnięty – czekolada, herbata!, i czekolada do picia – wszystkie produkty spoza Sycylii – kupione! 🙂
Teraz jedzenie… Powinniście wiedzieć, że Sycylia słynie z bardzo dobrego jedzenia; znam osoby, które po dłuższym pobycie tutaj, nie potrafiły wrócić do naszej kuchni…i przywiozły do Polski 5 kg więcej… A więc uwaga! dla osób odchudzających się!!!!
Jednak my podczas naszej wycieczki miałyśmy „na pokładzie” wegetariankę i wegankę… Z obiema tymi dietami tutaj nie jest prosto, ponieważ jest niewiele miejsc, w których można coś zjeść zgodnie z ich regułami… a więc chodziłyśmy od miejsca do miejsca pytając czy restauratorzy są w stanie przygotować coś specjalnego dla tych osób, w szczególności dla weganki. No i jeszcze psy…

Jeśli zamierzacie wybrać się na wycieczkę na Sycylię należy pamiętać, że nie wszystkie miejsca są nastawione przyjaźnie do zwierząt, w szczególności gdy chcemy zjeść w pomieszczeniu, a nie na zewnątrz. Wynika to głównie z faktu bardzo surowych procedur sanitarnych i lęku właścicieli przed wysokimi karami, w przypadku kontroli.
My jednak mieliśmy szczęście – w Ennie znalazłyśmy małą meksykańską restaurację, w której zarówno Patrycja (wegetarianka) i Lusi (weganka) mogły znaleźć coś dla siebie i poprosić także o przygotowanie specjalnego dania. Restauracja zgodziła się także na psy:-) 🙂 A więc jednak można… gdy się chce!

W Ennie spędziłyśmy czas do wieczora, po czym wróciłyśmy do naszej bazy w Montedoro, aby już nazajutrz ruszyć dalej.

Caltanissetta – miejsce, które warto zobaczyć podczas Świąt Wielkanocnych

Już od jakiegoś czasu marzyła mi się południowo – wschodnia część Sycylii. Ciągle słyszałam – Byłaś w różnych zakątkach tej wyspy, a w tej najpiękniejszej części nie byłaś!?!!?? A więc, kiedy postanowiłam nie wracać do domu na Święta Wielkanocne, byłam pewna, że wybiorę się właśnie tam!  Chciałam zobaczyć słynną Ragusę, podzieloną na dwie części, barokowe Noto, sławną z czekolady Modicę i oczywiście schody w Caltagirone. Dodatkowo, moi włoscy przyjaciele powiedzieli mi, że nie mogę pominąć Caltanissetta, w której odbywają się przepiękne pochody związane ze Świętami Wielkanocnymi.

Ale aby nie podróżować sama, jak zazwyczaj to czynię, postanowiłam porozmawiać z Patrycją. Patrycja jest fotografką, reporterką oraz filmowcem. Prace, które do tej pory przedstawiała zawsze niosły ze sobą głębszy przekaz dla odbiorców.

DSCF1803

Potrzebowałyśmy jeszcze autka! Owszem, zawsze można je wypożyczyć, jednak znacznie fajniej podróżować jest jeszcze z kimś! Zatem, zrobiło nam się niezmiernie miło, gdy do naszego zespołu dołączyła jeszcze Lusi, wraz ze swoimi dwoma psami 🙂
Lusi jest Czeszką i przyjechała do Palermo na pół roku, w ramach programu Erasmus.

DSCF1781

Start wyprawy został wyznaczony na czwartek, 28 kwietnia, na godz. 10.30. W związku z tym, że mieszkam niedaleko jednego z wyjazdów na autostradę, dziewczyny miały przyjechać po mnie. O 12.00 byłam nieco zaniepokojona. Co się stało? Może był wypadek? Ależ taki byłby korek? To niemożliwe… Zadzwoniłam do Pati… i okazało się, że ona dopiero pakuje swoje rzeczy, że nawet nie dojechała do Lusi…

W końcu o godz. 15.00 udało się nam wyjechać. Achhh jak dobrze! Jaka piękna pogoda 🙂  Bardzo chciałyśmy zobaczyć zamek w Mussomeli. Jednak… okazało się, że popołudniem w zimie!!! (jakiej zimie??? – myślałyśmy…) zamek jest nieczynny. Zatem wszystkie fotki uwieczniające tą niesamowitą budowlę, zrobiłyśmy z zewnątrz 🙁

DSCF1653-2

No cóż zrobić… jak jest zamknięte – wybieramy kierunek na Caltanissetta. To przecież tam mają się odbyć dzisiaj najpiękniejsze pochody! Wyruszyłyśmy.

Przybyłyśmy o zmroku do tego miasta. Blokady ulic w centrum, pełno ludzi, oczekujących rozpoczęcia się ceremonii..i nagle huk fajerwerków nad kościołem Świętej Agaty! Cóż za widok! Jakie piękne! Ale czy to aby te święta, które Polacy przeżywają w ciszy do czasu zmartwychwstania??? – myślałam…Niesamowite! jak różnie można podchodzić do świąt pomimo tego samego wyznania! I zaczęło się… Ruszył pochód złożony z głównych stacji Drogi Krzyżowej, niezliczonej liczby przebranych w różny sposób osób.  Cóż za niesamowite widowisko!

Dodatkowo ucieszył mnie fakt, że spotkałam  się także ze swoimi znajomymi – Valerią i jej kuzynką Claudią, z ich rodzicami i najbliższymi.

Valeria & Claudia

Ponadto spotkałam się z Alessandro i jego przyjaciółmi. To właśnie przyjaciel Alessandro – Giuseppe zaproponował nam nocleg w swoim domu. Super! 🙂 🙂