Cefalu w środę

O Cefalu czytałem jeszcze przed wylotem na Sycylię, planując naszą podróż. Jednak urok tej miejscowości przeszedł moje najśmielsze oczekiwania..

Z Palermo do Cefalu najlepiej dojechać pociągiem. Ze stacji głównej odjeżdża kilkanaście pociągów dziennie w tamtym kierunku.

Wraz z Olą, Em i naszą przewodniczką Iwoną kupiliśmy bilety w kasie dworcowej (koszt około 5 euro za osobę w jedną stronę).

Wsiedliśmy do pociągu który odjechał, jak się później okazało z 40 minutowym opóźnieniem lecz nikt z tego nie robił afery, to norma we Włoszech (nie tylko w Polsce).

Po przeszło 40 minutach jazdy wysiedliśmy na małej malowniczej stacji o nazwie Cefalu. Iwona poprowadziła nas w stronę starej części miasteczka wąskimi uliczkami, gęsto zabudowanymi niskimi maksymalnie dwupiętrowymi kamienicami. Na parterze każdej z nich mieszczą się sklepy z pamiątkami, knajpki i kawiarnie. Gdzieniegdzie drzewa cytrynowe i pomarańczowe dopełniają uroczej atmosfery. Ruch o tej porze roku, a musicie wiedzieć, że była to połowa stycznia był tam niewielki i pewnie w związku z tym większość lokali  była zamknięta. Mniej więcej po 20 minutach, doszliśmy do placu położonego na wzgórzu. Naszym oczom ukazał się przepiękna Normańska katedra z 1131 roku ufundowana, jak przeczytałem przez króla Rogera II, który w ten sposób chciał podziękować Bogu za szczęśliwe uratowanie mu życia podczas sztormu na morzu. Katedra z zewnątrz jest duża lecz po wejściu do środka wydaje się być gigantyczna! W apsydzie mozaika z klasycznym wizerunkiem Chrystusa Pantokratora. W jego ręku księga z napisami po grecku i łacinie. Bardzo podobny wizerunek znajduje się w Monreale o czym piszemy na naszym blogu.

Wychodząc z katedry skierowaliśmy się w stronę nabrzeża. Szliśmy powoli ciesząc rzadkim ponoć nawet na Sycylii o tej porze roku słońcem i błękitnym niebem. Widzę, widzę – krzyknęła nagle Em, która wyprzedzała nas o kilka kroków. Morze, widzę morze! Teraz i my je zobaczyliśmy zaraz za małym placykiem pokazała się ciemnoniebieska linia horyzontu na styku nieba i wody. Ech… morze zawsze przywołuje u mnie pozytywne skojarzenia. A słońce w styczniu, morze i piękne widoki to mieszanka doskonała.

W tym miejscu klif okazał się być dosyć wysoki a fale rozbijały się o niego z ogromną siłą pieniąc się na skałach. Kilka zdjęć i idziemy dalej. Po lewej stronie widać plażę – szeroką, z jasnym drobnym piaskiem.  Jest po prostu piękna. O tej porze roku prawie zupełnie pusta. Widok na kolorowe zabudowania, które przycupnęły przy brzegu oraz na majestatyczne wzniesienie Rocca, królujące nad miastem zapiera dech w piersiach.

Powoli zaczął zapadać zmierzch a my niespiesznie podążaliśmy w kierunku stacji kolejowej aby jednym z ostatnich pociągów dostać się do Palermo.

 

LaBellaSicilia w FotoGeA.com!

Witajcie,

Niezmiernie miło nam poinformować że w ostatnim numerze miesięcznika o fotografowaniu i podróżach FotoGeA pojawił się nasz artykuł wraz ze zdjęciami z Palermo 🙂
Zwykle oglądaliśmy reportaże innych w FotoGeA, przed ponad miesiącem postanowiłem sam napisać do Pana Marka Waśkiela czy nasz temat nadaje się do publikacji.
Tak oto rozpoczęła się nasza współpraca z miesięcznikiem FotoGeA. Następnie był wybór zdjęć, tekst do napisania ” na wczoraj” i oto jest, marcowy numer z naszym tekstem.
Serdecznie zapraszamy do przeczytania całego artykułu, Na stronie: http://www.fotogea.com/?p=4489 jest link do pobrania artykułu w formacie pdf.

Pozdrawiam serdecznie!
Michał z LaBellaSicilia.pl

Leniwy wtorek, Monreale

Od nabrzeża miasto oddzielone jest ulicą biegnącą wzdłuż murów miasta oraz bramą,  brama ta nazywa się Porta Felice. Przez nią przechodzi jedna z głównych ulic Palermo Via Vittorio Emanuele. Nią trafiliśmy wprost do centrum i do nas do mieszkania.

Na całe szczęście w czasie kiedy my wynajmowaliśmy pokój w B&B Giovaniego nie było tam innych gości i cała przestrzeń wspólna była do naszej dyspozycji.  My z Em zostaliśmy już w mieszkaniu, a dziewczyny poszły na zakupy, kupiły coś na kolację i wino. Iwona wyszła od nas około 23.00, my siedzieliśmy jeszcze chwilę, ale wkrótce i my położyliśmy się spać.

Następnego dnia rano obudziłem się z paskudnym bólem wskazującym na zbyt duże podrażnienie go dnia poprzedniego.
– Ola ja zostaje, nie jadę z Wami do Monreale, zdecydowałem jak tylko Ola wstała.
– To ja zostaje z tatą, będę się nim opiekowała zaproponowała Emilka, widać na rękę było jej zostać i pooglądać bajki których nie oglądała już od dwóch dni.

Ola i Iwona pojechały po 11.00 do Monreale, znajduje się tam klasztor benedyktynów i katedra. Sam budynek katedry, jak gdzieś przeczytałem jest prostokątem o szerokości 40 i długości 100 metrów. Ściany całej świątyni pokryte są złoconą mozaiką! No trudno, nie zobaczę tego tym razem, choć jak później zobaczyłem zdjęcia to żal mi się zrobiło.

Zostaliśmy sami, Em zgodnie z moimi przewidywaniami leżała oglądając włoską tv dla dzieci. Na moje pytanie czy rozumie coś, odpowiedziała że nie, ale już oglądała te bajki w Polsce, więc wie o co chodzi 😀 Ja zaś zająłem się przeglądaniem i segregacja zdjęć zrobionych dzień wcześniej.

Z dziewczynami umówiliśmy się że spotkamy się przed wejściem na targ Balaro po południu. Tym czasem około 12.00 Em stwierdziła że jest głodna. Zebraliśmy się i powoli ruszyliśmy w stronę lodziarni gdzie podają typowo sycylijskie lody…w bułce 😀 zwane brioche. Co jak co ale lody Włosi potrafią robić doskonałe.  Szczególnie ich lody pistacjowe czy pomarańczowe są zupełnie nie porównywalne z naszymi.
Kupiliśmy sobie po „kanapce” i usiedliśmy na  ławeczce w celu dokonania konsumpcji. Całkiem nie głupi pomysł te lody w słodkiej bułce, lody jak to lody lubią się rozpuścić a tutaj cała rozpuszczająca się zawartość wsiąka w bułkę a nie paskudzi nam rąk 🙂

Około 14.00 odezwała się Ola, za 30 minut mogą być przed wejściem na Balaro. W związku z tym poszliśmy w tym kierunku po drodze mijając fontannę wstydu. Już w komplecie ruszyliśmy na zakupy, znowu pomarańcze ale tym razem 5kg, oliwa z oliwek, kapary i suszone pomidory.  Na Balaro sprzedaje się wszystko co lokalni rybacy wyłowią z morza,  co lokalni rolnicy wyhodują na polu oraz rzeźnicy ubiją. Niesamowicie wyglądała dostawa półtusz wołowych na stoiska bazarowe, gdzie z samochodu oddalonego kilkaset metrów od stoiska dostawcy przenosili je po prostu zarzucając je jak worek kartofli na bark i klucząc między kupującymi dostarczali na miejsce.

Wieczór zleciał nam na przeglądaniu fotografii zrobionych dotychczas, konsumpcji świetnego wina i oliwek zakupionych na targu. Środa zapowiadała się ciekawie, ja i moja rwa czuliśmy  się lepiej więc wycieczka do Cefalu zapowiadała się cudownie.

 

Sycylijski obiad i Foro Italico

Po wyjściu z Pałacu Normanów zgłodnieliśmy nie na żarty. Było po 13.00.
-Iwona, może coś byśmy zjedli, Sycylijski obiad?  Zapytałem
-Ok, pójdziemy do takiej knajpki gdzie zjemy typowy Sycylijski obiad
Kluczyliśmy uliczkami Palermo przechodząc znowu przez centrum, gdzie widać było jak brak remontów starych kamienic zostawił swoje piętno.
-Zaraz będziemy przechodzić przez Balaro. To jeden z większych targów w Palermo. Co prawda dzisiaj jest poniedziałek więc nie będzie wielu sprzedawców ale może kupimy te Twoje czerwone pomarańcze.
Kupiliśmy czerwone pomarańcze, mój „święty grall”. W Polsce praktycznie nie dostępne, a Sycylia z nich słynie. Nie wyglądają jakoś bardzo okazale, lecz po przekrojeniu zamiast koloru pomarańczowego miąsz w środku jest ciemno czerwony, krwawy wręcz 😀 A smak, ech…o tym później. Oprócz pomarańczy zanabyliśmy drogą kupna trzy gatunki oliwek, zapakowane w papierowe rożki pokryte od wewnątrz folią. Poręczne jeśli chcesz spróbować ich przed dojściem do domu.

-Daleko jeszcze zapytała Em, uff dobrze że Ona bo ja chciałem zapytać o to samo.
-Jeszcze jakieś 15 minut już blisko 😛 usłyszała córa i się podłamała
Stopniowo zabudowa robiła się coraz rzadsza, przy budynkach pojawiały się ogrody a w nich drzewa pomarańczowe lub cytrynowe. Stwierdziłem że oddalamy się od centrum miasta, którego zabudowa była bardzo ścisła.
– To tutaj, tuż za rogiem jest ta knajpka….która była zamknięta 🙁 Emka z zawodem jęknęła bo i nogi wchodziły nam w…tylną część ciała a i moja kochana rwa dawała o sobie już mocno znać.

– Niedaleko jest kolejna knajpka, prawie na przeciwko ogrodu botanicznego może tam jeszcze będzie otwarte, stwierdziła Iwona.
– Jak to jeszcze otwarte, przecież jest środek dnia, 14 .00 wiec wszystko powinno być otwarte. Okazało się że to prawda ale nie na Sycylii. Tutaj jeśli chcesz zjeść obiad szykuj się na niego pomiędzy 12.30 do 14.00 właśnie. Później już tylko nieliczne knajpki są otwarte, ponownie otwierają około 19.00 z menu kolacyjnym.
Na całe szczęście druga knajpka była otwarta jeszcze pół godziny. Wchodzimy, a w środku całkiem sporo ludzi. Lokal długi na jakieś 30 metrów i szeroki na 15, lekka kiszka. Po lewej stronie ustawione przeszklone lady chłodnicze a po prawej siedzą przy malutkich stolikach ludzie.
– Co jemy? padło pytanie i chwila konsternacji bo zamiast ziemniaków, schabowego czy bigosu w ladach leżały kanapki, jakieś kule wielkości pomarańczy lub słodkości. Na początku myślałem że będą mieli jakieś menu czy coś, ale nie…wszystko wystawione jest na zewnątrz.

Arancini No dobra…jeśli wejdziesz między wrony…zamówiłem kanapkę Panini z szynką i mozzarellą i tę kulę, kula jak się okazało nazywa się Arancini a jej nazwa pochodzi od pomarańczy z wiadomych już powodów. Kanapkę dostałem podgrzaną w opiekaczu, jak na śniadanie i naprawdę była dobra. Chwilę dłużej czekałem na kulę, kula zrobiona jest z ryżu w środku którego w zależności od typu jest mięso wieprzowe (taki gulasz) a całość otoczona w bułce tartej i smażona w gorącym tłuszczu. Nadzienia Arancini mogą być różne, na przykład szpinakowe, z mozzarellą i szynką a raz do roku dostępne są również z nadzieniem z nutelli! Ale chyba ta słodka wersja nie byłaby moją ulubioną sycylijską potrawą.

 

 

cannoliPo „obiedzie” pozwoliliśmy sobie jeszcze na Cannoli, kolejny sycylijski przysmak. Są to rurki z ciasta podobnego jak na faworki tylko mniej kruchego z nadzieniem z sera ricotta. Do tego tradycyjne o tej porze espresso , palce lizać.
-To gdzie teraz zapytałem mając nadzieję że pójdziemy do tego ogrodu botanicznego na przeciwko gdzie spokojnie będę mógł zapalić.
– Tak, do ogrodu odpocząć, zawtórowała córcia 😛
– Weszliśmy do otwartej części gdzie przy wejściu stała naturalnych wymiarów łódź rybacka zrobiona z betonu z rozpiętym żaglem. Na łodzi stała św Rozalia patronka Palermo. Sam żagiel obłożony był kolorowymi kawałkami lusterek, ponoć w pogodny dzień mieni się on tysiącem kolorów. Było jednak pochmurnie i efekt był hmmm…taki se.

 

 

Czerwone pomarańczeUsiedliśmy na ławce, dziewczyny zaczęły gadać, a ja przypomniałem sobie o skarbie jaki leży w plecaczku…5 kg czerwonych pomarańczy 🙂
Otwierając pierwszą już wiedziałem że będzie dobrze 😀 kiedy czerwony sok spłyną mi po rękach. Smak, smak tego gatunku pomarańczy jest nie do pisania, nawet nie będę próbował… Zastanawiam się dlaczego nigdzie w Polsce nie są dostępne te jakże wyszukane owoce. Iw, która mieszka w Palermo od jakiegoś już czasu nigdy ich nie próbowała. Przekonała się jednak i zrozumiała mój zachwyt…w sumie w czwórkę w otoczeniu palm i innych egzotycznych drzew zjedliśmy jakieś dwa kilogramy 😀

 

 

 

Foro ItaliccoZ ogrodu botanicznego nad brzeg morza, miejsce znane Foro Italico było jakieś 700 metrów, prowadziła nad nie szeroka droga. Jakże inny okazał się brzeg morza w Palermo od moich oczekiwań, nie piasek i plaża a ogromne kamienie i od początku głęboka woda. Sam brzeg za to bardzo fajnie urządzony, oprócz miejsca gdzie można pograć w kosza czy pobiegać wzdłuż brzegu z betonu zrobione zostały prostokątne ławy. Obłożone zostały kolorowymi płytkami i pokryte powłoką ceramiczną. Pełniły one rolę miejsc do siedzenia lub ćwiczeń. W oddali widać było palermitański port z żurawiami i redą. W drugą zaś stronę ciągnęło się miasto z prowadzącą do niego bramą…ale o tym już w następnej części.

 

 

Idziemy i zwiedzamy Palermo…czyli daleko jeszcze?

Idziemy ciasnymi uliczkami i zwiedzamy Palermo, obok nas śmigają skutery, mieszkańcy załatwiają swoje sprawy. Niby normalnie jak u nas, ale jednocześnie jakoś inaczej… bez pośpiechu, spiny czy negatywnych emocji. Palermianie dużo gestykulują i podnoszą głos przy rozmowie, słychać jednak, że to norma i nic złego się nie dzieje. Chwilę zajmuje mi, aby się do tego przyzwyczaić… Ale można, uwierzcie, że można. Po chwili staje się to naturalne i normalne, ciekawe czy my też tak zaczniemy?

Wreszcie dochodzimy do małego placu, który z trzech stron zamknięty jest budynkami mieszkalnymi, z czwartej zaś przepięknie ozdobiony ogromny budynek. Oto tył katedry, komentuje Iw. „Mają rozmach”…pomyślałem, robi wrażenie! Zbudowana z jasnobrązowego kamienia, z wieżą i kopułą po lewej przytłacza swą wielkością. Wchodzimy do środka, a tam okazuję się, że trafiliśmy na mszę. Ale nie wydaje się to być normalna msza jak co dzień, w pewnym momencie zamiast księdza zaczyna przemawiać jakaś kobieta. Zanosi się płaczem i wydaje się, że dziękuje zgromadzonym za przybycie. No tak, to musiało się nam zdarzyć, msza pogrzebowa. Z miejsca gdzie staliśmy trudno było dojrzeć co działo się przy ołtarzu, ale teraz to oczywiste. Trumna stojąca na środku przed ołtarzem i około 50 osób na mszy. Wychodzimy szybko z katedry, wrażenie jakie robi w sensie wielkości, wysokości i ozdobności swojej, zostało przysłonięte samą uroczystością. Wychodzimy z katedry głównym wejściem, przed którym rozciąga się przepiękny plac, gdzie pośród obszarów zieleni na ziemi leżą białe kamyki. Całość otoczona kamiennym murem wysokim na około 2 metry.  Z murku wystają rzeźbione ławeczki, oddzielone od siebie drzewkami pomarańczowymi. Kręciliśmy się jeszcze po terenie katedry, robiąc zdjęcia. Iw spotkała jakiegoś znajomego, więc korzystając z chwili czasu, przysiadłem na ławeczce i zapaliłem. W tym  momencie zaczął się ruch przy wyjściu z kościoła. Uczestnicy uroczystości wyszli przez główne wejście, część od razu zapaliła papierosa… Ale nie o tym chciałem pisać. W czasie wyprowadzania trumny z kościoła wszyscy zebrani zaczęli klaskać. Skończyli dopiero jak ciało wjechało do samochodu. Nas już popędzała Iw, że pora iść i takie tam 🙂

„Moi drodzy”, wskazała Iwonka, „przed wami jedna z dwóch bram Palermo – Porta Felice.” No tak, wielka brama, która była kiedyś granicą miasta Palermo. Przez nią odbywał się cały ruch do i z miasta. My szliśmy dalej, przez jakiś park do Pałacu Normanów. Sam park jakiś lichy taki, ale uwagę moją zwróciły wystające z krzaków białe nogi…manekina. Ktoś miał fantazję wsadzając dolną połowę manekina w krzaki, „ziomal jakiś”, pomyślałem. Oprócz tego kilku starszych panów siedząc na czym popadnie, jeden nawet na skrzynce po piwie, z zacięciem grało w karty. Ot cały park, nogi i hazard. Nie miałem pojęcia co mamy zobaczyć w tym pałacu, ale był to „must see” na liście Iw, więc nie dyskutowałem, tylko powoli wraz z mą rwą podążaliśmy do celu. To już tutaj, rozglądnąłem się, bo żadnego pałacu widać nie było. Przed nami na wzgórzu stał…hmm… budynek jak nasz blok, tylko nie z tak regularnie rozmieszczonymi oknami 😀 Nic specjalnego, no ale…bilety kupione więc idziemy.  Weszliśmy do środka, nic nie zapowiadało tego co mieliśmy zobaczyć za chwilę. Schody do góry, w tyle kuje jak cholera. Trudno zaciskam zęby i powoli wdrapuję się po nich. Swoją drogą przyjrzeć się im mogłem dosyć dobrze. Kamienne schody, a śliskie jak z ceramiki na naszym WCecie, ciekawe czy tak polerowane czy starte przez wieki używania.

Dotarliśmy wreszcie na pierwsze piętro. Nie takie zwykłe, bo wysokie jak nasze drugie 😀 Tutaj mieliśmy zobaczyć kaplicę, platynową kaplicę. Prowadziły do niej przeszkolone, drewniane drzwi, jakich wiele można jeszcze zobaczyć na wsiach. Ale jak weszliśmy do środka…to był dla mnie szok! Pomieszczenie wysokie było na jakieś 8-10 metrów, ściany od dołu po sufit pokryte mozaikami przedstawiającymi sceny ze Starego i Nowego Testamentu (chyba). Na ścianach dominowało złoto, jak później doczytałem to nie ściema, mozaiki pokryte były najszczerszym złotem! Jak by tego było mało, ołtarz również był bardzo bogato zdobiony, kapiący wręcz złotem. No dobra, śliczne to wszystko, zachwycają się ludzie, bo i mają prawo, ale żeby przez pół świata tutaj jechać aby to zobaczyć… przesada. I wtedy właśnie spojrzałem do góry, jak prawdziwemu Polakowi, na usta cisnęło się tylko jedno słowo…”o kurwa!” Sufit dla odmiany to tzw. sklepienie stalaktytowe, czyli schodzące w dół części sklepienia jak stalaktyty w jaskiniach. Moim pierwszym skojarzeniem była gra komputerowa: kolorowe schodzące w dół fragmenty tej misternej układanki barwione kolorowo, wyglądały obłędnie.  Ale skąd u licha, w XIII wieku kolesie wiedzieli jak coś takiego zrobić? Okazało się, że taki typ sufitów stosowany był już w X wieku przez Arabów! Długo nie mogłem wyjść z tej kaplicy, najchętniej położył bym się na podłodze i do wieczora odkrywał coraz to nowe cuda, ale Iw pospieszała. Po kaplicy trafiliśmy jeszcze do Sali Parlamentu Sycylii, gdzie na nasze szczęście nie było posiedzenia, więc mogliśmy zasiąść na miejscach szanownych członków. W głowie zaświtał mi pomysł, że nasi kochani parlamentarzyści też powinni mieć tak niewygodne miejsca, wtedy nie mieliby ochoty na głupie głupoty. Siedzenia obszyte były grubą skórą, lecz sprężyny wysiedziane już bardzo, na pewno używane jeszcze w XIII wieku 😉 Z bloku na zewnątrz, zrobiła nam się przepiękna rezydencja wewnątrz, z wewnętrznymi krużgankami i podwórzami, pięknymi salami, gdzie czasem widać jeszcze wpływy kultury arabskiej, aż do wystawy zegarów i innych durnostojek w korytarzach.

Ach ten poniedziałek i śniadanie po Włosku

Obudziłem się dosyć szybko, już o 7.40 byłem ubrany. Wyszedłem na balkon (tak okazało się, że nasz pokój ma balkon). Papieros smakuje cudownie o poranku, kiedy na dworze jest około 15 stopni i właśnie wstaje słońce. Przypominam, że jest koniec stycznia i w Polsce śniegi padają 🙂
Reszta rodzinki wstała niedługo po mnie i też zbierała się do kupki. Z Giovannim umówiliśmy się, że śniadanie będzie gotowe na 9. Gdy wyszliśmy z pokoju, Weronika już jadła. Dostaliśmy wyśmienite cappuccino, Em postanowiła, że napije się herbaty.
Typowe włoskie śniadanie podaje się na słodko! Słodkie bułeczki, dżemy i takie tam, nic konkretnego. Jako prawdziwy chłop z Polski nie wyobrażam sobie śniadania bez wędlin, może jajka i sera, a, na Boga!, do słodkich bułek ma się to nijak! Na szczęście nasz gospodarz wczorajszego wieczoru spytał jakie śniadanie chcemy 🙂 Ola i Em nie miały nic przeciwko słodyczy, ja poprosiłem o coś innego. Dostaliśmy bułki słodkie ale z ricottą małymi pomidorkami i ziołami w środku, podgrzewane jeszcze w opiekaczu…mniam, palce lizać! Jajka na twardo, mozzarellę i salami. Chyba lubię te śniadania i kawę, po powrocie muszę rozejrzeć się za porządnym ekspresem.
Iwona zjawiła się punktualnie o 10.37 (miała być o 10.00) my byliśmy już gotowi na pierwszy dzień zwiedzania. Aparat gotowy, 50 założona na body, zapasowe baterie i obiektyw 12-60 u Oli w torebce.

Wychodzimy, w międzyczasie na wolnym placu pod naszym budynkiem (swoją drogą jak człowiek szybko się adaptuje, i nazywa miejsca swoimi) rozstawił się regularny sklep z ciuchami. Na wieszakach, takich mobilnych na kółkach, jakie można kupić w IKEA,  setki ubrań, w ogromnych koszach stosy spodni, nie mam pojęcia skąd to wszystko się nagle pojawiło. Idziemy wąskimi uliczkami, wzdłuż których rozstawione są stragany z chińskim badziewiem, perfumami Diur, Dolce Kabana, torebkami prawie znanych producentów. Ciekawe, że ochrona praw autorskich oraz Unia Europejska ze swymi światłymi dyrektywami, tutaj nie dotarły.

Samo centrum to dosyć stare budynki, bardzo zaniedbane i zniszczone. Przechodząc właściwie każdą uliczką czuć zapach starości, zapach taki przywodzi na myśl stare zgrzybiałe podwórza, klatki schodowe lub piwnice. Nie jest to zapach brzydki, smutny jednak. Zapach zapomnienia, zapuszczenia, nie dbania o to wokół, zapach rezygnacji. Dziwne to, bo wokoło dobrze ubrani ludzie, siedzący w kawiarniach lub robiący zakupy. Zdają się nie widzieć tego co dookoła. Jakby dwa światy, przenikające się, współistniejące lecz nigdy nie stykające się ze sobą.

Na ulicach ruch ogromny, samochód za samochodem, w ciasnych uliczkach za to królują skutery i tuk-tuki (tak nazywano je w Indiach). Ludzie żyją w jakiejś niewytłumaczalnej symbiozie ze skuterami i samochodami, które ledwo mieszczą się w ciasnych uliczkach. Skuterów jest tutaj naprawdę dużo. Nie widziałem ani jednej sceny złości, wkurzania się, jak ten pacan jeździ, gdzie się pcha. Ustępują sobie miejsca jedni i drudzy, jakby istniało jakieś tajemne prawo regulujące ten chaos. Kościoły i kapliczki już wkrótce.

Odloty i przyloty, a wieczorem…

Taksówka na lotnisko, odprawa, podczas której byliśmy świadkami scenki rodzajowej, która mogła zdarzyć się wszędzie, ale zdarzyła się właśnie na Okęciu.
Kolejka do odprawy dla lecących do Rzymu, dwa stanowiska, pani kierująca ruchem. Jedno okienko obsługuje tych, którzy nie odprawili się elektronicznie. Jest długa, nawet bardzo, ale my spokojnie stoimy w tej drugiej. Odprawa dokonana wieczora poprzedniego 🙂
Wspomniana pani, jak przypuszczam, ma za zadanie kierować odprawianych do właściwego okienka i odwrotnie. Polski, angielski – laska daje radę. Jednak stanął w naszej krótszej kolejce obywatel Italii i taki oto dialog usłyszeliśmy:
– Hello sir, do you have your boarding card already?
Pan patrzy na laseczkę jakby po hebrajsku nadawała, więc laska się wysila i pyta:
– Do you have carta de la …  yyyy… something?
Ech, tak Angielsko-Włosko-Polska zdolność dogadania się w każdej sytuacji 🙂 Zawsze można użyć części słów po Włosku, a resztę doprawić szczyptą Włoskiego.

Odprawa prawie bez problemu, oprócz (jak się później okazało) alarmu wywołanego przez czujniki promieniowania radioaktywnego. Ponoć czasem się włączają bez powodu. Jeszcze kawa, bo do odlotu godzina, koszt 2 kubków kawy i Ice Tea dla Emily 65 pln, ech ten wypas.
Odlot z Wawy i przylot do Rzymu jedyne 2 godziny.  Gdyby nie bolący tyłek, byłoby całkiem przyjemnie. Teraz 2 godziny w Rzymie: poszukiwanie palarni, szybkie przekąski i czekamy na samolot do Palermo.
Pierwsza włoska kawa (ech, ta na Okęciu to jakiś sik) i odlot do Palermo. Samolot tak samo pełny jak z Warszawy.

Lądowanie w Palermo już po zmroku, czego bardzo żałuje, bo lotnisko położone jest nad samym morzem.
Jesteśmy, odnalezienie bagaży nie jest sprawą łatwą, lecz w końcu sukces! Wychodzimy z terminala około 20.
Sicilia, la Bella Sicilia, pierwszy wdech powietrza i jest inaczej, cieplej, przyjemniej. Papieros, po którym zgodnie z instrukcjami szukamy busa do miasta. Lotnisko oddalone jest od Palermo o jakieś 30 km. Bus ma kosztować 6 euro od osoby. Wreszcie znajdujemy domek pana od biletów. I po następnych kilku minutach siedzimy spokojnie na swoich miejscach. W autokarze oprócz nas jest jeszcze jedna para Polaków, jacyś Rosjanie, Włosi i Amerykanie. Na pokładzie jest Wi-Fi, można z telefonu dać znak, że jesteśmy. Meldunek na fejsie i SMS do Iwony, która czeka na nas na piazza Politeama. W między czasie autobus rusza, jedziemy dwu pasmową drogą. Jest całkiem przyjemnie.

Co jakiś czas bus zatrzymuje się i ktoś wysiada. Kierowca podaje nazwy kolejnych przystanków. Wreszcie i nasz Politeama. Tutaj wysiada najwięcej ludzi.  Wyciągamy walizki i szukamy wzrokiem Iwony.
Jest! Ciepłe przywitanie, całusy i w drogę. Idziemy chodnikiem mijając ludzi, pewnie Włochów. Ale jaja, nie jesteśmy już w Polsce i zupełnie nie rozumiem co ci ludzie mówią do siebie… fajnie!
Zgiełk na ulicy jak na Marszałkowskiej w południe, a mamy 21 w niedzielę. Nieprzerwany ciąg samochodów powoli sunie ulicą, a my ciągle idziemy – zdaje się pod prąd, do naszego B&B.

Stanęliśmy na światłach, Ola z Iwoną gadają jak najęte, w końcu nie widziały się dwa miesiące, a ja chłonę tę niezwykłą atmosferę. Też tak macie w nowym miejscu? Nagle z zamyślenia wyrywa mnie język polski, ale nie mojej wycieczki.  To był męski głos, który – jak się domyślam – tłumaczył komuś, co oznacza napis na znaczku przypiętym do mojego plecaka. „Nie jestem terrorystą, jestem fotografem”. A więc jest tu naszych rodaków więcej; dużo więcej jak się miało później okazać.
Dochodzimy do dużego placu z ogromnym, neoklasycznym budynkiem. „To Teatro Massimo”, mówi Iwona. Teraz to już naprawdę nie daleko do celu. Rzeczywiście po 5 minutach jesteśmy na miejscu. Boczna, cicha uliczka, ogromne drzwi do budynku i klatka schodowa pasująca do całości. Samochód można by tam parkować, albo i dwa. Winda za to taka, że ledwo z Emką, walizką i moim plecakiem foto, mieścimy się w środku. Czwarte piętro, dwa mieszkania na nim. Nasz B&B i drugie z kamerką nad wejściem… dziwne.
Wchodzimy do środka, wita nas młody człowiek, który przedstawia się jako Giovanni i prowadzi nas do pokoju przy samych drzwiach wyjściowych z mieszkania. Nasz pokój jest duży, czysty i zadbany. Mamy podwójne łóżko i rozkładane łóżko dla Em,  biurko, na ścianie obrazy i telewizor, oprócz tego szafa i drzwi do łazienki. Jest ok, myślę, damy radę.

Zostawiamy rzeczy w pokoju i po krótkich ustaleniach (na szczęście Giovanni zna dość dobrze angielski) ustalamy, że bezzwłocznie idziemy coś zjeść. Wreszcie, cały dzień na nogach bez konkretnego jedzenia.
Nagle pojawia się jeszcze jedna dziewczyna, okazuje się, że nazywa się Weronika i jest Rumunką, na oko około 30 lat, ubrana na sportowo w czapeczce baseballowej, z czarnymi włosami spiętymi z tyłu w kucyk.

Wychodzimy. Giovanni proponuje znaną mu, rodzinną knajpkę nieopodal naszego mieszkania. Idziemy więc, przechodząc przez wąziutkie i ciemne uliczki Palermo – to nasze pierwsze zwiedzanie. Jest koło 22. więc my, a szczególnie Em jest padnięta. Rozbudza i podnieca ją jedynie fakt, że będziemy jedli w knajpie.  Ona od zawsze wolała knajpy niż domowe jedzenie. Nie żebyśmy źle w domu jadali, Ola gotuje naprawdę nieźle. Czasem i ja coś upichcę, ale jak rozumiem w knajpie jest lepiej i 100 punktów w rankingu popularności dostaje ten, kto zaproponuje knajpę.

To tutaj, po 10 minutach docieramy do celu. Wchodzimy do knajpki gdzie na parterze stoją 3 stoły plus bar i naprzeciw wejścia schody na pierwsze piętro. Ustalamy, że zostajemy na dole. Na parterze siedzi ojciec, matka i, wydaje się, córka właścicieli. Giovanni wita się ze wspomnianym właścicielem dwoma buziakami w policzek… dziwne to dosyć. Dostajemy menu i zamawiamy. Na początek antipasti czyli przekąski włoskie. Jak się okazuje dostajemy frytki, paluszki ziemniaczane z serem ricotta w środku, płaskie kwadraty z ziemniaków z głębokiego tłuszczu i jakieś sosy do tego. Na drugie Em zamawia sobie pizzę, my z Olą też, tylko w wersji familijnej, a reszta wesołej kompanii inne dania. Do tego butelkę domowego wina, dobrego, bardzo czerwonego wina. Wychodzę na papierosa, na Sicilii  w restauracjach też jest zakaz palenia, nie mam z tym problemu. Wręcz przeciwnie lubię jeść nie czując dymu, jak ktoś mi w twarz dymem dmucha… paskudztwo. Em dostała swoją pizzę, reszta zamówienia też już jest na stole, a my nadal czekamy na familijną. Wreszcie Pani przynosi i dla nas gigantyczną pizzę na metalowym talerzu, świeża ruccola na wierzchu… mniam. Już miałem zabierać się za pierwszy kawałek, ale jakieś robaczki zaczynają wyłazić spod tego metalowego talerza. Na początku wydawało mi się, że to jakaś muszka jednak z każdą sekundą było ich więcej. Właściciele natychmiast przywołani do nas, zaczęli szmatą rozgniatać te stworzonka na naszym stole. Tłumaczyli, że to na pewno z ruccoli i że natychmiast zrobią drugą pizzę. Podziękowaliśmy i wyszliśmy stamtąd czym prędzej płacąc za wino i przystawki.

Tak zakończył się nasz pierwszy dzień w Palermo, urocze, czyż nie?


20130127_180757

20130127_214944

To co? Pojedziecie same…

Kilka dni przed wylotem zaczęły się problemy, zaatakowała mnie rwa kulszowa. Paskudne to i bolesne, chodzić nie można, a i z siedzeniem jest problem. Wizyta u lekarza wyglądała mniej więcej tak:
– Dzień dobry pani!
– Dzień dobry! Co panu dolega?
– Boli mnie noga od pośladka, aż do kolana.

(kilka pytań, badanie i diagnoza)

– Ma pan porażony nerw kulszowy.
– Pani doktor, za 4 dni wyjeżdżamy na ferie do Włoch , musi mi Pani jakoś pomóc.

– Tylko niech mi pan nie mówi, że na narty…

No bardzo śmieszne… Na tyłku wygodnie usiąść nie mogę, a ona mi tutaj o nartach!
– Nie, proszę pani, na Sycylię, do Palermo. To na południu Włoch.
– No dobrze, wie pan, że powinnam dać panu dwa tygodnie zwolnienia i zapisać codzienne zastrzyki? Spróbujemy inaczej…
Uff, dostałem tabletki. Choć nie sądziłem, nie wierzyłem, że pomogą.

Po powrocie do domu krótka bójka z myślami i decyzja…
– Olku, pojedziecie z Emilą same. Bezsensu, abym jechał z wami i siedział w pokoju cały dzień.
– Oj przestań, pojedziesz. Zobaczysz, leki pomogą. Nie możesz tego zrobić naszej córce.
Było jeszcze kilka takich rozmów, i ostateczna decyzja…jedziemy wszyscy 🙂

Jeszcze zakupy dla Iwonki, jakieś dziwne rzeczy z Polski…musli, lakiery do pazurów, ech…zebrała się tego cała walizka. No i oczywiście wizyta w kantorze –  jakaś gotówka się przyda… nawet w dobie kart kredytowych.

Pakowanie naszych rzeczy do 2. nad ranem. Znaczy ona pakowała, ja po raz pierwszy miałem okazję, czas, chęć poczytać o Palermo. Budzik nastawiony na 7.30 i dobranoc Warszawo. Następny wieczór już na Sicilii.

Sicilia…początek

Miśku, jak przetłumaczyć japońską stronę na język polski? zapytała Ola któregoś wieczoru.

– Jak to przetłumaczyć japońską stronę ? A co Ty robisz?! – zaniepokoiłem się nie na żarty…

– Wiesz, jest taka promocja w Alitalii, można tanio bilety kupić, a Iwonka zapraszała nas już dawno do Palermo.

– Promocja? Alitalia? Palermo? O matko!! … Zobacz można skorzystać z Tłumacza Google, ale tłumaczenie nie będzie doskonałe.

– Miśku gdzie masz swoja kartę kredytową?

– Coo?? Jaką kartę? Ile Ty chcesz wydać? Na co? Dlaczego? Znowu coś wymyśliłaś…

– Właśnie kupiłam bilety do Palermo dla naszej trójki, na pierwszy tydzień ferii zimowych. I wcale nie było drogo…

Rzeczywiście, drogo nie było, ale pewności, że te bilety mamy, też nie. Przychodziły kolejne maile, pojawiały się kolejne informacje, że niby wszystkie bilety kupione w japońskiej promocji, zostaną anulowane. Ostateczne potwierdzenie przyszło na dwa tygodnie przed wylotem, wraz z potwierdzeniem rezerwacji . Wylot 27 stycznia, powrót 2 lutego. Tak oto trafiliśmy do Palermo.

Oprócz naszej bliskiej przyjaciółki – która od ponad pół roku uczyła się języka włoskiego, uciekając z Polski od przeszłości i korporacyjnego życia w dziale sprzedaży – o Włoszech, a w szczególności o Palermo, nie wiedziałem wiele. Mafia, „Rodzina Soprano” –  serial, który mój najmłodszy brat oglądał już ze 3 razy, kultowy dla mnie „Ojciec chrzestny” i Corleone – wioska, w której Michael ukrywał się w drugiej (chyba) części filmu… Spaghetti, pizza i kawa… Wszystkie skojarzenia, które na szybko mogłem wypluć z siebie przed tymi wydarzeniami, o których tutaj piszę. No, może jeszcze pomarańcze, nie wiem skąd miałem w głowie pomarańcze. Inne niż te, które tutaj można kupić (nawet w najbardziej wykwintnej budzie na bazarku). Pomarańcze aż czerwone od słońca, soczyste, z których sok wcale nie jest pomarańczowy lecz ciemno czerwony jak krew. To siedziało w mojej głowie i wypływało przy próbie wyobrażenia sobie Włoch, Sycylii… a raczej Sicilii – jak powinno się pisać.

Następnie były przygotowania, setki rozmów z rzeczoną Iwoną, która w międzyczasie załatwiła nam miejsce, gdzie mieliśmy stacjonować: B&B u jej znajomego Giovanniego. Fajne miejsce, nie powiem, w samym centrum Palermo, na zdjęciach wszystko wyglądało jak z bajki.. Po preferencyjnych cenach mieliśmy dostać pokój z łazienką i tradycyjne włoskie śniadanie każdego dnia. A i miał być jeszcze dostęp do internetu, cieszyło mnie to bardzo, gdyż większość z moich męskich (i nie tylko) zabawek takiego dostępu wymaga. Na szczęście okazało się, że dobry research na miejscu jest bardzo przydatny.

Iwona miała chyba plan przećwiczenia na nas swojej wizji Palermo. Po analizie okazało się, że dla nas zostało aż 2 godziny wolnego,  środowego popołudnia, które nie były jeszcze wypełnione kolejną aktywnością. Jakże ona się myliła…