Cefalu w środę

O Cefalu czytałem jeszcze przed wylotem na Sycylię, planując naszą podróż. Jednak urok tej miejscowości przeszedł moje najśmielsze oczekiwania..

Z Palermo do Cefalu najlepiej dojechać pociągiem. Ze stacji głównej odjeżdża kilkanaście pociągów dziennie w tamtym kierunku.

Wraz z Olą, Em i naszą przewodniczką Iwoną kupiliśmy bilety w kasie dworcowej (koszt około 5 euro za osobę w jedną stronę).

Wsiedliśmy do pociągu który odjechał, jak się później okazało z 40 minutowym opóźnieniem lecz nikt z tego nie robił afery, to norma we Włoszech (nie tylko w Polsce).

Po przeszło 40 minutach jazdy wysiedliśmy na małej malowniczej stacji o nazwie Cefalu. Iwona poprowadziła nas w stronę starej części miasteczka wąskimi uliczkami, gęsto zabudowanymi niskimi maksymalnie dwupiętrowymi kamienicami. Na parterze każdej z nich mieszczą się sklepy z pamiątkami, knajpki i kawiarnie. Gdzieniegdzie drzewa cytrynowe i pomarańczowe dopełniają uroczej atmosfery. Ruch o tej porze roku, a musicie wiedzieć, że była to połowa stycznia był tam niewielki i pewnie w związku z tym większość lokali  była zamknięta. Mniej więcej po 20 minutach, doszliśmy do placu położonego na wzgórzu. Naszym oczom ukazał się przepiękna Normańska katedra z 1131 roku ufundowana, jak przeczytałem przez króla Rogera II, który w ten sposób chciał podziękować Bogu za szczęśliwe uratowanie mu życia podczas sztormu na morzu. Katedra z zewnątrz jest duża lecz po wejściu do środka wydaje się być gigantyczna! W apsydzie mozaika z klasycznym wizerunkiem Chrystusa Pantokratora. W jego ręku księga z napisami po grecku i łacinie. Bardzo podobny wizerunek znajduje się w Monreale o czym piszemy na naszym blogu.

Wychodząc z katedry skierowaliśmy się w stronę nabrzeża. Szliśmy powoli ciesząc rzadkim ponoć nawet na Sycylii o tej porze roku słońcem i błękitnym niebem. Widzę, widzę – krzyknęła nagle Em, która wyprzedzała nas o kilka kroków. Morze, widzę morze! Teraz i my je zobaczyliśmy zaraz za małym placykiem pokazała się ciemnoniebieska linia horyzontu na styku nieba i wody. Ech… morze zawsze przywołuje u mnie pozytywne skojarzenia. A słońce w styczniu, morze i piękne widoki to mieszanka doskonała.

W tym miejscu klif okazał się być dosyć wysoki a fale rozbijały się o niego z ogromną siłą pieniąc się na skałach. Kilka zdjęć i idziemy dalej. Po lewej stronie widać plażę – szeroką, z jasnym drobnym piaskiem.  Jest po prostu piękna. O tej porze roku prawie zupełnie pusta. Widok na kolorowe zabudowania, które przycupnęły przy brzegu oraz na majestatyczne wzniesienie Rocca, królujące nad miastem zapiera dech w piersiach.

Powoli zaczął zapadać zmierzch a my niespiesznie podążaliśmy w kierunku stacji kolejowej aby jednym z ostatnich pociągów dostać się do Palermo.

 

Leniwy wtorek, Monreale

Od nabrzeża miasto oddzielone jest ulicą biegnącą wzdłuż murów miasta oraz bramą,  brama ta nazywa się Porta Felice. Przez nią przechodzi jedna z głównych ulic Palermo Via Vittorio Emanuele. Nią trafiliśmy wprost do centrum i do nas do mieszkania.

Na całe szczęście w czasie kiedy my wynajmowaliśmy pokój w B&B Giovaniego nie było tam innych gości i cała przestrzeń wspólna była do naszej dyspozycji.  My z Em zostaliśmy już w mieszkaniu, a dziewczyny poszły na zakupy, kupiły coś na kolację i wino. Iwona wyszła od nas około 23.00, my siedzieliśmy jeszcze chwilę, ale wkrótce i my położyliśmy się spać.

Następnego dnia rano obudziłem się z paskudnym bólem wskazującym na zbyt duże podrażnienie go dnia poprzedniego.
– Ola ja zostaje, nie jadę z Wami do Monreale, zdecydowałem jak tylko Ola wstała.
– To ja zostaje z tatą, będę się nim opiekowała zaproponowała Emilka, widać na rękę było jej zostać i pooglądać bajki których nie oglądała już od dwóch dni.

Ola i Iwona pojechały po 11.00 do Monreale, znajduje się tam klasztor benedyktynów i katedra. Sam budynek katedry, jak gdzieś przeczytałem jest prostokątem o szerokości 40 i długości 100 metrów. Ściany całej świątyni pokryte są złoconą mozaiką! No trudno, nie zobaczę tego tym razem, choć jak później zobaczyłem zdjęcia to żal mi się zrobiło.

Zostaliśmy sami, Em zgodnie z moimi przewidywaniami leżała oglądając włoską tv dla dzieci. Na moje pytanie czy rozumie coś, odpowiedziała że nie, ale już oglądała te bajki w Polsce, więc wie o co chodzi 😀 Ja zaś zająłem się przeglądaniem i segregacja zdjęć zrobionych dzień wcześniej.

Z dziewczynami umówiliśmy się że spotkamy się przed wejściem na targ Balaro po południu. Tym czasem około 12.00 Em stwierdziła że jest głodna. Zebraliśmy się i powoli ruszyliśmy w stronę lodziarni gdzie podają typowo sycylijskie lody…w bułce 😀 zwane brioche. Co jak co ale lody Włosi potrafią robić doskonałe.  Szczególnie ich lody pistacjowe czy pomarańczowe są zupełnie nie porównywalne z naszymi.
Kupiliśmy sobie po „kanapce” i usiedliśmy na  ławeczce w celu dokonania konsumpcji. Całkiem nie głupi pomysł te lody w słodkiej bułce, lody jak to lody lubią się rozpuścić a tutaj cała rozpuszczająca się zawartość wsiąka w bułkę a nie paskudzi nam rąk 🙂

Około 14.00 odezwała się Ola, za 30 minut mogą być przed wejściem na Balaro. W związku z tym poszliśmy w tym kierunku po drodze mijając fontannę wstydu. Już w komplecie ruszyliśmy na zakupy, znowu pomarańcze ale tym razem 5kg, oliwa z oliwek, kapary i suszone pomidory.  Na Balaro sprzedaje się wszystko co lokalni rybacy wyłowią z morza,  co lokalni rolnicy wyhodują na polu oraz rzeźnicy ubiją. Niesamowicie wyglądała dostawa półtusz wołowych na stoiska bazarowe, gdzie z samochodu oddalonego kilkaset metrów od stoiska dostawcy przenosili je po prostu zarzucając je jak worek kartofli na bark i klucząc między kupującymi dostarczali na miejsce.

Wieczór zleciał nam na przeglądaniu fotografii zrobionych dotychczas, konsumpcji świetnego wina i oliwek zakupionych na targu. Środa zapowiadała się ciekawie, ja i moja rwa czuliśmy  się lepiej więc wycieczka do Cefalu zapowiadała się cudownie.