Sycylijski obiad i Foro Italico

Po wyjściu z Pałacu Normanów zgłodnieliśmy nie na żarty. Było po 13.00.
-Iwona, może coś byśmy zjedli, Sycylijski obiad?  Zapytałem
-Ok, pójdziemy do takiej knajpki gdzie zjemy typowy Sycylijski obiad
Kluczyliśmy uliczkami Palermo przechodząc znowu przez centrum, gdzie widać było jak brak remontów starych kamienic zostawił swoje piętno.
-Zaraz będziemy przechodzić przez Balaro. To jeden z większych targów w Palermo. Co prawda dzisiaj jest poniedziałek więc nie będzie wielu sprzedawców ale może kupimy te Twoje czerwone pomarańcze.
Kupiliśmy czerwone pomarańcze, mój „święty grall”. W Polsce praktycznie nie dostępne, a Sycylia z nich słynie. Nie wyglądają jakoś bardzo okazale, lecz po przekrojeniu zamiast koloru pomarańczowego miąsz w środku jest ciemno czerwony, krwawy wręcz 😀 A smak, ech…o tym później. Oprócz pomarańczy zanabyliśmy drogą kupna trzy gatunki oliwek, zapakowane w papierowe rożki pokryte od wewnątrz folią. Poręczne jeśli chcesz spróbować ich przed dojściem do domu.

-Daleko jeszcze zapytała Em, uff dobrze że Ona bo ja chciałem zapytać o to samo.
-Jeszcze jakieś 15 minut już blisko 😛 usłyszała córa i się podłamała
Stopniowo zabudowa robiła się coraz rzadsza, przy budynkach pojawiały się ogrody a w nich drzewa pomarańczowe lub cytrynowe. Stwierdziłem że oddalamy się od centrum miasta, którego zabudowa była bardzo ścisła.
– To tutaj, tuż za rogiem jest ta knajpka….która była zamknięta 🙁 Emka z zawodem jęknęła bo i nogi wchodziły nam w…tylną część ciała a i moja kochana rwa dawała o sobie już mocno znać.

– Niedaleko jest kolejna knajpka, prawie na przeciwko ogrodu botanicznego może tam jeszcze będzie otwarte, stwierdziła Iwona.
– Jak to jeszcze otwarte, przecież jest środek dnia, 14 .00 wiec wszystko powinno być otwarte. Okazało się że to prawda ale nie na Sycylii. Tutaj jeśli chcesz zjeść obiad szykuj się na niego pomiędzy 12.30 do 14.00 właśnie. Później już tylko nieliczne knajpki są otwarte, ponownie otwierają około 19.00 z menu kolacyjnym.
Na całe szczęście druga knajpka była otwarta jeszcze pół godziny. Wchodzimy, a w środku całkiem sporo ludzi. Lokal długi na jakieś 30 metrów i szeroki na 15, lekka kiszka. Po lewej stronie ustawione przeszklone lady chłodnicze a po prawej siedzą przy malutkich stolikach ludzie.
– Co jemy? padło pytanie i chwila konsternacji bo zamiast ziemniaków, schabowego czy bigosu w ladach leżały kanapki, jakieś kule wielkości pomarańczy lub słodkości. Na początku myślałem że będą mieli jakieś menu czy coś, ale nie…wszystko wystawione jest na zewnątrz.

Arancini No dobra…jeśli wejdziesz między wrony…zamówiłem kanapkę Panini z szynką i mozzarellą i tę kulę, kula jak się okazało nazywa się Arancini a jej nazwa pochodzi od pomarańczy z wiadomych już powodów. Kanapkę dostałem podgrzaną w opiekaczu, jak na śniadanie i naprawdę była dobra. Chwilę dłużej czekałem na kulę, kula zrobiona jest z ryżu w środku którego w zależności od typu jest mięso wieprzowe (taki gulasz) a całość otoczona w bułce tartej i smażona w gorącym tłuszczu. Nadzienia Arancini mogą być różne, na przykład szpinakowe, z mozzarellą i szynką a raz do roku dostępne są również z nadzieniem z nutelli! Ale chyba ta słodka wersja nie byłaby moją ulubioną sycylijską potrawą.

 

 

cannoliPo „obiedzie” pozwoliliśmy sobie jeszcze na Cannoli, kolejny sycylijski przysmak. Są to rurki z ciasta podobnego jak na faworki tylko mniej kruchego z nadzieniem z sera ricotta. Do tego tradycyjne o tej porze espresso , palce lizać.
-To gdzie teraz zapytałem mając nadzieję że pójdziemy do tego ogrodu botanicznego na przeciwko gdzie spokojnie będę mógł zapalić.
– Tak, do ogrodu odpocząć, zawtórowała córcia 😛
– Weszliśmy do otwartej części gdzie przy wejściu stała naturalnych wymiarów łódź rybacka zrobiona z betonu z rozpiętym żaglem. Na łodzi stała św Rozalia patronka Palermo. Sam żagiel obłożony był kolorowymi kawałkami lusterek, ponoć w pogodny dzień mieni się on tysiącem kolorów. Było jednak pochmurnie i efekt był hmmm…taki se.

 

 

Czerwone pomarańczeUsiedliśmy na ławce, dziewczyny zaczęły gadać, a ja przypomniałem sobie o skarbie jaki leży w plecaczku…5 kg czerwonych pomarańczy 🙂
Otwierając pierwszą już wiedziałem że będzie dobrze 😀 kiedy czerwony sok spłyną mi po rękach. Smak, smak tego gatunku pomarańczy jest nie do pisania, nawet nie będę próbował… Zastanawiam się dlaczego nigdzie w Polsce nie są dostępne te jakże wyszukane owoce. Iw, która mieszka w Palermo od jakiegoś już czasu nigdy ich nie próbowała. Przekonała się jednak i zrozumiała mój zachwyt…w sumie w czwórkę w otoczeniu palm i innych egzotycznych drzew zjedliśmy jakieś dwa kilogramy 😀

 

 

 

Foro ItaliccoZ ogrodu botanicznego nad brzeg morza, miejsce znane Foro Italico było jakieś 700 metrów, prowadziła nad nie szeroka droga. Jakże inny okazał się brzeg morza w Palermo od moich oczekiwań, nie piasek i plaża a ogromne kamienie i od początku głęboka woda. Sam brzeg za to bardzo fajnie urządzony, oprócz miejsca gdzie można pograć w kosza czy pobiegać wzdłuż brzegu z betonu zrobione zostały prostokątne ławy. Obłożone zostały kolorowymi płytkami i pokryte powłoką ceramiczną. Pełniły one rolę miejsc do siedzenia lub ćwiczeń. W oddali widać było palermitański port z żurawiami i redą. W drugą zaś stronę ciągnęło się miasto z prowadzącą do niego bramą…ale o tym już w następnej części.

 

 

Idziemy i zwiedzamy Palermo…czyli daleko jeszcze?

Idziemy ciasnymi uliczkami i zwiedzamy Palermo, obok nas śmigają skutery, mieszkańcy załatwiają swoje sprawy. Niby normalnie jak u nas, ale jednocześnie jakoś inaczej… bez pośpiechu, spiny czy negatywnych emocji. Palermianie dużo gestykulują i podnoszą głos przy rozmowie, słychać jednak, że to norma i nic złego się nie dzieje. Chwilę zajmuje mi, aby się do tego przyzwyczaić… Ale można, uwierzcie, że można. Po chwili staje się to naturalne i normalne, ciekawe czy my też tak zaczniemy?

Wreszcie dochodzimy do małego placu, który z trzech stron zamknięty jest budynkami mieszkalnymi, z czwartej zaś przepięknie ozdobiony ogromny budynek. Oto tył katedry, komentuje Iw. „Mają rozmach”…pomyślałem, robi wrażenie! Zbudowana z jasnobrązowego kamienia, z wieżą i kopułą po lewej przytłacza swą wielkością. Wchodzimy do środka, a tam okazuję się, że trafiliśmy na mszę. Ale nie wydaje się to być normalna msza jak co dzień, w pewnym momencie zamiast księdza zaczyna przemawiać jakaś kobieta. Zanosi się płaczem i wydaje się, że dziękuje zgromadzonym za przybycie. No tak, to musiało się nam zdarzyć, msza pogrzebowa. Z miejsca gdzie staliśmy trudno było dojrzeć co działo się przy ołtarzu, ale teraz to oczywiste. Trumna stojąca na środku przed ołtarzem i około 50 osób na mszy. Wychodzimy szybko z katedry, wrażenie jakie robi w sensie wielkości, wysokości i ozdobności swojej, zostało przysłonięte samą uroczystością. Wychodzimy z katedry głównym wejściem, przed którym rozciąga się przepiękny plac, gdzie pośród obszarów zieleni na ziemi leżą białe kamyki. Całość otoczona kamiennym murem wysokim na około 2 metry.  Z murku wystają rzeźbione ławeczki, oddzielone od siebie drzewkami pomarańczowymi. Kręciliśmy się jeszcze po terenie katedry, robiąc zdjęcia. Iw spotkała jakiegoś znajomego, więc korzystając z chwili czasu, przysiadłem na ławeczce i zapaliłem. W tym  momencie zaczął się ruch przy wyjściu z kościoła. Uczestnicy uroczystości wyszli przez główne wejście, część od razu zapaliła papierosa… Ale nie o tym chciałem pisać. W czasie wyprowadzania trumny z kościoła wszyscy zebrani zaczęli klaskać. Skończyli dopiero jak ciało wjechało do samochodu. Nas już popędzała Iw, że pora iść i takie tam 🙂

„Moi drodzy”, wskazała Iwonka, „przed wami jedna z dwóch bram Palermo – Porta Felice.” No tak, wielka brama, która była kiedyś granicą miasta Palermo. Przez nią odbywał się cały ruch do i z miasta. My szliśmy dalej, przez jakiś park do Pałacu Normanów. Sam park jakiś lichy taki, ale uwagę moją zwróciły wystające z krzaków białe nogi…manekina. Ktoś miał fantazję wsadzając dolną połowę manekina w krzaki, „ziomal jakiś”, pomyślałem. Oprócz tego kilku starszych panów siedząc na czym popadnie, jeden nawet na skrzynce po piwie, z zacięciem grało w karty. Ot cały park, nogi i hazard. Nie miałem pojęcia co mamy zobaczyć w tym pałacu, ale był to „must see” na liście Iw, więc nie dyskutowałem, tylko powoli wraz z mą rwą podążaliśmy do celu. To już tutaj, rozglądnąłem się, bo żadnego pałacu widać nie było. Przed nami na wzgórzu stał…hmm… budynek jak nasz blok, tylko nie z tak regularnie rozmieszczonymi oknami 😀 Nic specjalnego, no ale…bilety kupione więc idziemy.  Weszliśmy do środka, nic nie zapowiadało tego co mieliśmy zobaczyć za chwilę. Schody do góry, w tyle kuje jak cholera. Trudno zaciskam zęby i powoli wdrapuję się po nich. Swoją drogą przyjrzeć się im mogłem dosyć dobrze. Kamienne schody, a śliskie jak z ceramiki na naszym WCecie, ciekawe czy tak polerowane czy starte przez wieki używania.

Dotarliśmy wreszcie na pierwsze piętro. Nie takie zwykłe, bo wysokie jak nasze drugie 😀 Tutaj mieliśmy zobaczyć kaplicę, platynową kaplicę. Prowadziły do niej przeszkolone, drewniane drzwi, jakich wiele można jeszcze zobaczyć na wsiach. Ale jak weszliśmy do środka…to był dla mnie szok! Pomieszczenie wysokie było na jakieś 8-10 metrów, ściany od dołu po sufit pokryte mozaikami przedstawiającymi sceny ze Starego i Nowego Testamentu (chyba). Na ścianach dominowało złoto, jak później doczytałem to nie ściema, mozaiki pokryte były najszczerszym złotem! Jak by tego było mało, ołtarz również był bardzo bogato zdobiony, kapiący wręcz złotem. No dobra, śliczne to wszystko, zachwycają się ludzie, bo i mają prawo, ale żeby przez pół świata tutaj jechać aby to zobaczyć… przesada. I wtedy właśnie spojrzałem do góry, jak prawdziwemu Polakowi, na usta cisnęło się tylko jedno słowo…”o kurwa!” Sufit dla odmiany to tzw. sklepienie stalaktytowe, czyli schodzące w dół części sklepienia jak stalaktyty w jaskiniach. Moim pierwszym skojarzeniem była gra komputerowa: kolorowe schodzące w dół fragmenty tej misternej układanki barwione kolorowo, wyglądały obłędnie.  Ale skąd u licha, w XIII wieku kolesie wiedzieli jak coś takiego zrobić? Okazało się, że taki typ sufitów stosowany był już w X wieku przez Arabów! Długo nie mogłem wyjść z tej kaplicy, najchętniej położył bym się na podłodze i do wieczora odkrywał coraz to nowe cuda, ale Iw pospieszała. Po kaplicy trafiliśmy jeszcze do Sali Parlamentu Sycylii, gdzie na nasze szczęście nie było posiedzenia, więc mogliśmy zasiąść na miejscach szanownych członków. W głowie zaświtał mi pomysł, że nasi kochani parlamentarzyści też powinni mieć tak niewygodne miejsca, wtedy nie mieliby ochoty na głupie głupoty. Siedzenia obszyte były grubą skórą, lecz sprężyny wysiedziane już bardzo, na pewno używane jeszcze w XIII wieku 😉 Z bloku na zewnątrz, zrobiła nam się przepiękna rezydencja wewnątrz, z wewnętrznymi krużgankami i podwórzami, pięknymi salami, gdzie czasem widać jeszcze wpływy kultury arabskiej, aż do wystawy zegarów i innych durnostojek w korytarzach.