Sciacca – miasto jak otwarta książka z historii

Sciacca – miasto jak otwarta książka z historii

Cześć Moi Drodzy! Podczas jednej z moich sycylijskich podróży zawitałam do Sciacca, miejscowości położonej na południowo-zachodniej części sycylijskiego wybrzeża. Już samo położenie tego miasta zasługuje na uwagę, ponieważ z jednej strony otoczone jest turkusowym Morzem Śródziemnomorskim, natomiast z drugiej, ze strony lądu, w niedalekiej odległości znajdziecie antyczne miasta greckie – Selinunte, Eraclea Minoa i nieco dalej Valle dei Templi (Dolina Świątyń) w Agrigento. Ze strony wschodniej miasta znajduje się góra Św. Calogero (Monte di San Calogero lub Monte Cronio), która znana jest ze swoich wód termalnych.

Sciacca jest miastem antycznym, o którym po raz pierwszy wspomniano w VII w. jednak należy dodać, że zapis ten dotyczył obecności osady ludzkiej już na przełomie epok kamienia i brązu! O jego archaicznym pochodzeniu świadczy również sama nazwa. Pierwotnie Sciacca była nazywana Xacca. Ta nazwa wywodzi się z języka saraceńskiego i oznacza Pani, Gubernatorowa.

Jak i cała Sycylia, także i Sciacca doświadczyła wielu dominacji, począwszy od greckiej przez kartagińską i rzymską po arabską. To właśnie na czas panowania Arabów przypadł pierwszy rozkwit miasta. Następnie, gdy na Sycylię zawitali Normanowie, Sciacca stała się głównym centrum handlowym wymiany hurtowej. Podczas dominacji Hiszpanów, Sciacca przechodziła z rąk do rąk kolejnych bogatych hiszpańskich rodzin, od których to zależało czy miasto przeżywało lata swojego rozkwitu czy  pogrążało się w biedzie i nędzy.

Ten czas, wiele przeróżnych dominacji pozostawiły w mieście swoje odbicie, dzięki którym możemy je porównać do otwartej książki z historii, w której na kolejnych kartkach kościoły, zabytkowe budynki, pałace, zamki i place opowiadają swoją opowieść.

Warto wspomnieć, że do dnia dzisiejszego w mieście widoczne są stare mury obronne i trzy główne bramy – Porta San Salvatore, najstarsza, przez którą wchodziło się do starego miasta, zachowana praktycznie w całości Porta San Calogero z XVI w. oraz najmłodsza z nich Porta Palermo z XVIII w.

Na uwagę zasługują również kościoły, takie jak: Chiesa di Santa Maria del Soccorso z XII w., Chiesa di Santa Maria dell’Itria wraz ze swoim klasztorem, Chiesa di San Domenico, Chiesta di Santa Margherita z XIV w. i wiele innych, być może mniej ważnych, ale tak samo bogatych historycznie.

Ponadto nie możecie zapomnieć o zobaczeniu zabytkowych budynków i zamków jak np. Castello dei Conti Luna, Castello Perollo czy Castello Incantato oraz Palazzo Steripinto, Palazzo S. Giacomo, Palazzo Perollo i Palazzo Inveges.

Ale to nie wszystko! Jak wspomniałam powyższej, nad Sciacca góruje Monte Cronio (Monte di San Calogero), z której roztacza się niezwykły widok na miasto. Dodatkowo, to właśnie na tej górze, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, funkcjonowały naturalne termy zwane pod nazwą stufe naturali di San Calogero. Wyobraźcie sobie, że naturalne właściwości tego miejsca zostały odkryte już w epoce neolitu! Niestety, struktura jest obecnie zamknięta ze względu na brak środków finansowych. Jednak, pomimo tego warto tam pojechać aby zobaczyć ciekawe muzeum o tym miejscu, kościół Św. Calogero i jego grotę.

Kochani, po tym wielkim kawałku historii, plaże położone niedaleko Sciacca pozwolą Wam na relaks! Warto zajrzeć na jedną z nich aby móc odpocząć przy szmerze fal i wykąpać się w turkusowej wodzie.

Na koniec tego artykułu dodam, że odwiedzając Sciacca nie możecie ominąć portu i targu rybnego. Ale o tym już pisałam o tutaj.

Powodzenia!

Portopalo – dzień lenistwa i zwierzątek :-)

Obudziło nas piękne słonko i szum morza. Ojej… jak uroczo! Bosko, tak obudzić się i słuchać szumu fal!!! Dziewczyny jeszcze spały, gdy ja zdecydowałam się na spacer wzdłuż plaży oraz odwiedziny tego uroczego miasteczka – Portopalo. „Potrzebuję kawy, croissante i weterynarza dla nowego zwierzątka…” – pomyślałam i wyruszyłam w nowy teren. Uwielbiam chodzić wzdłuż morza, chłonąć morskie powietrze i dać się porwać falom moich myśli. Jak tutaj pięknie! Widać od razu, że wiosna zawitała! 🙂

Po jakiś czasie, z plaży skręciłam w drogę prowadzącą do miasteczka. Tak samo jak w Montedoro, spotkałam się z bacznymi spojrzeniami mieszkańców. Nawet nie udawali, że mnie obserwują. Niesamowite… jak w takim miasteczku czas zwalnia tak bardzo, że prawie się zatrzymuje, że ktoś zupełnie obcy jest już pewnego rodzaju „rozrywką”.

Przyglądając się mijanym sklepom i barom, zastanawiałam się gdzie mogę znaleźć weterynarza. W końcu postanowiłam zapytać jednego z „bacznych obserwatorów”. „Właśnie Pani minęła jego dom. To ten żółty, dwa domy wcześniej…” – usłyszałam i nie wierzyłam własnym uszom, że właśnie teraz zdecydowałam się zapytać (a muszę wam powiedzieć, że przeszłam już prawie całe miasteczko!)

Zadzwoniłam. Otworzyła mi starsza Włoszka, mówiąc że jej syn jest w pracy w pobliskim Pachino (miasto położone 8 km od Portopalo) i abym przyszła z psami po południu, około 14.30, ponieważ wtedy będzie w domu. Świetnie! Wizyta zamówiona, wracałam zadowolona. Teraz, kawa i rogalik –  zasłużone śniadanie. Następnie inna część miasteczka do zwiedzania. Wracałam plażą do moich współtowarzyszek podróży, przyszłam od drugiej strony do naszego miejsca zamieszkania.

Przywitałam ich dobrymi wiadomościami i… wyciągnęłam swój śpiwór na trawkę. Usnęłam w ciągu 2 min. Kiedy się obudziłam było dawno popołudniu, słońce było wysoko i czas naglił, aby się powoli zebrać do weterynarza. Oooo…wyciągnęłam…

Poszłyśmy we trzy i oczywiście dwa psy. Pan weterynarz je obejrzał, po czym zaprosił nas do swojej kliniki w Pachino, aby wykonać wszystkie niezbędne zabiegi. Pojechałyśmy.

Pachino okazało się uroczym miasteczkiem, natomiast pan weterynarz znającym się na swojej pracy lekarzem. Wszyscy byli zadowoleni, dopóki nie zaburczało nam w brzuchach i nie zaczęłyśmy szukać miejsca, w którym można kupić coś do jedzenia dla wegan i wegetarian. Jeden z mieszkańców Pachino powiedział nam, że takie miejsce jest w oddalonym o 3 km Marzameni. Pojechałyśmy – czemu nie?

Hmm.. Pan tylko zapomniał powiedzieć nam o tym, że we wtorki ta restauracja jest zamknięta… Zaczęłyśmy w takim razie szukać czegoś innego. W końcu trafiłyśmy na bardzo urocze miejsce niedaleko morza, w którym znalazło się dla każdego coś dobrego!!

W międzyczasie Pati dodzwoniła się do jednego z przyjaciół Luki – Valerio. Okazało się, że Valerio jest właścicielem kempingu – Camping  da Vinci, położonego blisko morza i rezerwatu naturalnego – Riserva Naturale Orientata Oasi fauristica di Vendicari. Zatem bardzo szybko podjęłyśmy decyzję o pojechaniu właśnie tam.

Była 24.00 kiedy dojechałyśmy na miejsce.

Camping da Vinci – miejsce położone w środku cytrynowego sadu

Gdy się obudziłam, było prawie południe. Dziewczyny dawno musiały już nie spać, ponieważ żadnej z nich nie było w pokoju, psów także. „Czas zobaczyć to miejsce w dzień” – pomyślałam i wyszłam z pokoju. Valerio przywitał mnie kawą, co było naprawdę sympatyczne!

Po kawie i kilku ciastkach (tak, tak, tak wygląda zdrowe, włoskie śniadanie!;-)) wyszłam na zewnątrz. I… zamarłam ze zdziwienia – wokół roztaczał się cytrynowy sad, z drzewami uginającymi się pod ciężarem cytryn. Słońce, wiatr i cisza… „Daleko jest stąd do morza?” – zapytałam właściciela. „Około 20 min. pieszo” – usłyszałam odpowiedź Valerio.  „Cóż za miejsce, w środku niczego – można byłoby powiedzieć” – pomyślałam. Głośno zapytałam zaś: „Możemy zobaczyć całość tego miejsca?”

Valerio oprowadził nas po całości swojej posiadłości. Wyjaśnił, że najczęściej przyjeżdżają do niego Palermianie. Cudzoziemcy są gośćmi bardzo sporadycznie – co zresztą nie było dla nas zaskoczeniem. Po zobaczeniu całości kempingu – miejsca do grillowania, miejsca do wspólnych posiłków, części sanitarnej, recepcji i ciągnących się drzew cytrynowych, wśród których można rozbić namiot, zdecydowaliśmy się pojechać nad morze.

Tego mi było potrzeba – ciągnące się kilometrami plaże i szum fal. Zachwyt, radość i spokój – poczułam wewnątrz. Cudownie!!!

Żałowałam nieco, że woda jest jeszcze lodowata oraz że plaża pokryta jest algami. Valerio wyjaśnił nam, że obecność alg oznacza, że woda jest naprawdę czysta, ponieważ te rośliny bardzo szybko wymierają w wodzie zanieczyszczonej. „Oooo…” – zdziwiłyśmy się we trzy. „Pod koniec kwietnia, służby porządkowe przygotują plaże zbierając algi”. „Super” – pomyślałam. Dodatkowo jak się okazało, że plaże podczas sezonu nie są bardzo przeludnione: „Kolejny PLUS!” – pomyślałam. Nie ma to jak pojechać na wakacje i potykać się o innych ludzi! Nienawidzę takich plaż!

Około 19.00 wróciliśmy na kemping. Czas wyruszać w drogę powrotną do Palermo.

Niespodziewany wypadek…

Dzień trzeci przywitał nas słońcem, jednak nie było już tak ciepło jak ostatniego dnia. Wstałam wcześnie, aby być przygotowaną do czekającej nas podróży. Dzisiaj Caltagirone, potem Ragusa – myślałam podśpiewując w duchu.

Razem z Pati zaczęłyśmy sprzątać dom, aby przekazać go właścicielowi czystym. Przyszła Lusi, która była z psami na porannym spacerze. Spojrzałyśmy na psy. Z jednym coś było nie tak. Jego tylnia część trzęsła się w dziwny sposób, tak że biedny piesek ledwo chodził… „Musimy pojechać z nim do lekarza” – powiedziała Patrycja. „Nic mu nie będzie. To już mu się zdarzało” – odpowiedziała Lusi. „No cóż…- pomyślałam – dziwne, ale ok, przecież jest właścicielką, a więc wie lepiej.” Po kilku minutach psu się jednak pogorszyło – dziwne drgania opanowały całe ciało psa w taki sposób, że nie był w stanie utrzymać się na nogach. „Hmm….” – czy to jest faktycznie normalne, tak jak mówiła Lusi? – myślałam. „Lusi, wg mnie coś się dzieje niedobrego z twoim psem, musimy jechać do lekarza” – powiedziałam o tym głośno do Lusi. Jednak miałam wrażenie, że ani moje słowa ani słowa Pati nie przekonały Lusi.  Minęło kolejne 5 minut, gdy taką samą reakcję zobaczyłyśmy u drugiego psa. Tym razem Lusi zareagowała – „Szybko, pomóżcie mi, prawdopodobnie psy zjadły coś niedobrego”.

Pobiegłam do domu Rodziców Giuseppe (sam Giuseppe był w pracy) aby zapytać gdzie mieści się najbliższy weterynarz… Jednak, okazało się, że w tak małej miejscowości nie ma nikogo, kto zajmuje się zwierzętami. Jednak, zaniepokojona mama Giuseppe poradziła mi odwiedzić mieszkającą niedaleko panią, która „sprawowała funkcję” miejscowego weterynarza. Kobieta ta poradziła mi, aby dać psom soli i dużą ilość wody, tak aby spowodować wymioty. Do tego czasu miała ona przyjść z lekarstwem.

Pobiegłam do dziewczyn niosąc ze sobą sól i miskę z wodą. Lusi szybko zaczęła stosować się wskazówek udzielonych przez kobietę. Jednak mając dwa psy, mogła udzielić pomocy tylko jednemu. Nagle drugi pies, który czekał na swoją kolej, zerwał się i zaczął biec. Pati widząc co się dzieje, pobiegła za nim, starając się go dogonić i z powrotem sprowadzić do domu. Jednak pies był szybszy.

W tym samym czasie, obie z Lusi dawałyśmy sól z dużą ilością wody psu, który zaczął wymiotować. Po chwili dotarła do nas pani „weterynarz” z dwoma zastrzykami. Oba zastrzyki zrobiła leżącemu psu. „Miejmy nadzieję, że to pomoże” – pomyślałam. Lusi widząc to, zadecydowała, że jedzie szukać drugiego psa, ja zaś zostałam z tym, któremu podano lekarstwa.

Co za uczucie – kiedy widzicie jak Wasze zwierzątko się męczy – i nie możecie nic zrobić tylko czekać, aż zadziałają zastrzyki. Wokół mnie i psa zaczęła gromadzić się miejscowa społeczność. Niektórzy zaczęli dzwonić do weterynarzy z innych pobliskich miejscowości, jedna z mieszkanek przyniosła pled i okryła pieska; przyszła także pani „weterynarz” z nowym lekarstwem. Wszyscy mieszkańcy chcieli pomóc, niestety w Wielką Sobotę trudno było znaleźć dostępnego weterynarza. Był jeden, jednak trzeba było czekać, ponieważ przeprowadzał operację.

Minęła godzina, potem druga, a ja nie widziałam poprawy… i byłam sama… widząc jak zwierzę cierpi, nie potrafiłam pohamować swoich łez. Wróciła Lusi, aby sprawdzić jak czuje się jej pies… co ja jej mogłam powiedzieć… Bezsilność!!! Ale jaka BEZSILNOŚĆ!

Po kolejnej godzinie, przyjechał jeden z mieszkańców z wiadomością, że operacja się skończyła i weterynarz może zobaczyć tego psa.Jedź z nimi” – usłyszałam od Lusi… „Lusi nie mogę, to jest twój pies, i teraz on ciebie potrzebuje…”- odpowiedziałam. I pojechali… a my wróciliśmy do poszukiwań zaginionego psa. Szukali wszyscy – policja, karabinierzy, miejscowi mieszkańcy… WSZYSCY! Aż znalazła… Pati 🙂 🙂 !! I za chwilę kolejny SZOK! – pies wygląda tak jakby mu się nic nie stało!!! A przecież miał te same objawy co ten leżący na ulicy…! O co tu chodzi???? Czy to możliwe? – pytałam siebie samą…

A potem wypadki potoczyły się same: telefon… łzy… pogrzeb… pies zdechł na stole u weterynarza. Diagnoza – pies musiał zjeść trutkę na szczury… „Na ulicy? Przecież to niemożliwe??” – kolejne pytania przychodziły mi do głowy. Niestety okazało się, że niektórzy mieszkańcy, którym nie podobają się bezpańskie psy, właśnie w ten sposób chcą się pozbyć tego problemu… „Ale to nie humanitarne, przecież! – myślałam – Jak tak można?”

Giuseppe, Alessandro, Fausto i Pan, który zawiózł Lusi z psem do weterynarza, wykopali dół w ziemi… Lusi, potrzebowała nieco więcej czasu na pożegnanie. Zostawiliśmy ją samą – takie miała życzenie.

A potem… potem jak najszybciej opuściliśmy Montedoro, aby dać Lusi odetchnąć. Jednak, tylko jeden pies na „pokładzie”, zamiast dwóch, przypominał jej ten tragiczny dzień, przez całą naszą wyprawę.

Caltanissetta – miejsce, które warto zobaczyć podczas Świąt Wielkanocnych

Już od jakiegoś czasu marzyła mi się południowo – wschodnia część Sycylii. Ciągle słyszałam – Byłaś w różnych zakątkach tej wyspy, a w tej najpiękniejszej części nie byłaś!?!!?? A więc, kiedy postanowiłam nie wracać do domu na Święta Wielkanocne, byłam pewna, że wybiorę się właśnie tam!  Chciałam zobaczyć słynną Ragusę, podzieloną na dwie części, barokowe Noto, sławną z czekolady Modicę i oczywiście schody w Caltagirone. Dodatkowo, moi włoscy przyjaciele powiedzieli mi, że nie mogę pominąć Caltanissetta, w której odbywają się przepiękne pochody związane ze Świętami Wielkanocnymi.

Ale aby nie podróżować sama, jak zazwyczaj to czynię, postanowiłam porozmawiać z Patrycją. Patrycja jest fotografką, reporterką oraz filmowcem. Prace, które do tej pory przedstawiała zawsze niosły ze sobą głębszy przekaz dla odbiorców.

DSCF1803

Potrzebowałyśmy jeszcze autka! Owszem, zawsze można je wypożyczyć, jednak znacznie fajniej podróżować jest jeszcze z kimś! Zatem, zrobiło nam się niezmiernie miło, gdy do naszego zespołu dołączyła jeszcze Lusi, wraz ze swoimi dwoma psami 🙂
Lusi jest Czeszką i przyjechała do Palermo na pół roku, w ramach programu Erasmus.

DSCF1781

Start wyprawy został wyznaczony na czwartek, 28 kwietnia, na godz. 10.30. W związku z tym, że mieszkam niedaleko jednego z wyjazdów na autostradę, dziewczyny miały przyjechać po mnie. O 12.00 byłam nieco zaniepokojona. Co się stało? Może był wypadek? Ależ taki byłby korek? To niemożliwe… Zadzwoniłam do Pati… i okazało się, że ona dopiero pakuje swoje rzeczy, że nawet nie dojechała do Lusi…

W końcu o godz. 15.00 udało się nam wyjechać. Achhh jak dobrze! Jaka piękna pogoda 🙂  Bardzo chciałyśmy zobaczyć zamek w Mussomeli. Jednak… okazało się, że popołudniem w zimie!!! (jakiej zimie??? – myślałyśmy…) zamek jest nieczynny. Zatem wszystkie fotki uwieczniające tą niesamowitą budowlę, zrobiłyśmy z zewnątrz 🙁

DSCF1653-2

No cóż zrobić… jak jest zamknięte – wybieramy kierunek na Caltanissetta. To przecież tam mają się odbyć dzisiaj najpiękniejsze pochody! Wyruszyłyśmy.

Przybyłyśmy o zmroku do tego miasta. Blokady ulic w centrum, pełno ludzi, oczekujących rozpoczęcia się ceremonii..i nagle huk fajerwerków nad kościołem Świętej Agaty! Cóż za widok! Jakie piękne! Ale czy to aby te święta, które Polacy przeżywają w ciszy do czasu zmartwychwstania??? – myślałam…Niesamowite! jak różnie można podchodzić do świąt pomimo tego samego wyznania! I zaczęło się… Ruszył pochód złożony z głównych stacji Drogi Krzyżowej, niezliczonej liczby przebranych w różny sposób osób.  Cóż za niesamowite widowisko!

Dodatkowo ucieszył mnie fakt, że spotkałam  się także ze swoimi znajomymi – Valerią i jej kuzynką Claudią, z ich rodzicami i najbliższymi.

Valeria & Claudia

Ponadto spotkałam się z Alessandro i jego przyjaciółmi. To właśnie przyjaciel Alessandro – Giuseppe zaproponował nam nocleg w swoim domu. Super! 🙂 🙂