Ragusa – magiczne miasto podzielone na dwie części

Ragusa powitała nas mrokiem, a mnie noclegiem w hotelu. W końcu mogłam podładować komputer, telefony komórkowe, baterie do aparatu fotograficznego i oczywiście popisać nieco 🙂

Jednak, zanim na dobre zagościłam w hotelu, poszłyśmy wypić gorącą herbatę i zjeść coś słodkiego. Ooo… jak mi się marzyły ciasteczka owsiane… No cóż, mogłam się tylko oblizać… ponieważ: miasto o 21.30 w zasadzie było wymarłe (należy pamiętać, że była to Niedziela Wielkanocna!). Po trudach szukania, w końcu znalazłyśmy otwartą knajpkę, a w niej upragnioną herbatę !!! Ale moich ciasteczek nie mieli!!

W międzyczasie odezwał się Luka… Aby wam uzmysłowić kierunki, to mniej więcej jest tak jakbyśmy były w Warszawie, Luka w Poznaniu, a my zdecydowałyśmy się pojechać do Lublina… Średnio po drodze…Ba!! W ogóle!!! Podczas rozmowy telefonicznej okazało się jednak, że Luka wraz ze swoimi przyjaciółmi zaprasza nas na Pasquetta w okolicy Gela… Ufff (czyli taki nasz Rzeszów).. Oznacza to, że jesteśmy bliżej tego miejsca niż on sam! Super!! Miejsce spotkania, poniedziałek (jutro), godz.11., Gela.

Ale, ale… przecież jeszcze nie zobaczyłyśmy Ragusa…!! Co robimy?? Razem z Pati chcemy zobaczyć to miasto, Lusi zaś woli spotkać się ze swoim przyjacielem…. W końcu decydujemy – od 8.00 rano do 10.00 zwiedzamy Ragusę, potem jedziemy do Geli na spotkanie z Luką.

No cóż, ale jak się domyślacie – plany, planami… a rzeczywistość, nie zawsze wpasowuje się w to co zaplanowaliśmy. I tak było tym razem. Jadąc autkiem założyłyśmy, że obie Ragusa – Ragusa Superiore (część młodsza, bardziej nowoczesna) i Ragusa Ibla (Stare Miasto) są obok siebie. Zatem zostawiłyśmy autko, aby nie jechać do samego centrum gdzie może być problem z parkingiem, i wybrałyśmy się pieszo.

Jednak okazało się, że Ragusa Ibla jest położona na innym wzgórzu co oznaczało 20 – minutową pieszą wędrówkę ulicą „Via Scala”, która jako jedyna łączyła obie Ragusa.

Obie części Ragusa są warte zobaczenia. Nie można ich porównać – to tak jakby dwa różne miasteczka, z inną zabudową i atmosferą. Zatem każdy w Ragusa powinien znaleźć coś dla siebie 🙂

Zrobiło się późno.Wiedziałyśmy, że nie zdążymy na czas do Geli. Początkowa nieznajomość odległości pomiędzy jedną a drugą Ragusą, pogubienie drogi, poranna kawa – to wszystko razem spowodowało, że godzina 11.00 była zupełnie nierealną… Zadzwoniłyśmy do Luki. Okazało się, że on ze swoimi przyjaciółmi także ma „poślizg czasowy”. Chociaż raz brak włoskiej punktualności na coś przydał!!! 😉

O 11.00 wyjechałyśmy z Ragusa, podążając w kierunku Gela. W umówione miejsce dotarłyśmy na czas (!) i okazało się, że oprócz Luka, jest jeszcze 10 innych osób.  „Przynajmniej w Wielki Poniedziałek nie będę się czuła sama :-)!!”–   myślałam. Szczególnie, że od wielu moich włoskich przyjaciół i znajomych słyszałam powiedzenie: „Natale con i tuoi e Pasqua con chi vuoi”, co oznacza  – „Święta Bożego Narodzenia z rodziną (w znaczeniu – spędzaj zawsze z rodziną/rodzicami), Święta Wielkanocne – z kim chcesz (w znaczeniu – spędzaj je ze swoimi przyjaciółmi lub znajomymi).” Nie wiem jak wam ale mi się bardzo podoba to powiedzenie, ponieważ nie tylko rodzina jest ważną częścią naszego życia. Dla mnie ważni są także przyjaciele.

Po wszystkich powitaniach, uprzejmościach i krótkich rozmowach, wyruszyliśmy. Jak się okazało, po 30 min dojechaliśmy do letniskowego domu jednego z przyjaciół Luka, położonego 20 km za Gela. Oprócz nas, była już na miejscu cała rodzina przyjaciela Luka wraz z jego babcią i ciocią. Możecie mi nie wierzyć, ale jak nigdy, ten gwar, wspólne grilowanie, popijanie wina przywróciło mnie do życia. 🙂 Odczułam jak ważne są takie spotkania, kiedy spotyka się przy stole kilka pokoleń (najmłodszy członek uczestniczący w naszym spotkaniu miał 2 lata, najstarszy natomiast – 70!).

Czas szybko płynął. Po rozmowach z Luka doszłyśmy do wniosku, że pojedziemy na sam „koniec” południowo – wschodniej części Sycylii – do Portopalo. Luka podał nam telefony do swoich 2 przyjaciół – z których jeden prowadził camping. Powiedział nam: „Dzwońcie do nich, powiedzcie że jesteście ode mnie, na pewno wam pomogą w noclegu…” Ucieszyłyśmy się i około 19.00 wyruszyłyśmy w drogę.

Usnęłam – byłam tak zmęczona ostatnimi dniami, że nie potrafiłam dłużej funkcjonować przy dotychczasowej ilości snu. Obudziła mnie nierówności drogi – samochód raz wjeżdżał w dół, po czym z niego wyjeżdżał… wokół była istna ciemność! „Gdzie jesteśmy?” – pomyślałam. „Co się dzieje?”

Po krótkiej rozmowie z Pati – pilotem, okazało się, że nasz zwariowany GPS pokazał taką drogę, którą nie dało się przebyć jadąc szybciej niż niż 15 km/h… pomiędzy trawami, polami i … pod mostem…jednej z głównych dróg… O mój Boże!!! Pod mostem zobaczyłyśmy ognisko. Zaniepokojone brakiem ludzkiej istoty wokół przystanęłyśmy. Lusi wysiadła z samochodu. Do jej nóg podbiegł szczeniak – wyglądał na 4 miesiące… Wyglądał na ucieszonego. Lusi po niedawnej stracie dotychczasowego swojego przyjaciela, nie mogła przejść obojętnie.

Wszystkie trzy zdecydowałyśmy poczekać – „Może, w międzyczasie, przyjdzie ktoś, kto rozpalił to ognisko?” – myślałyśmy. Szczeniak zaś robił wszystko, aby się przymilić. Czas płynął, a nikt się nie pojawiał… W końcu Lusi powiedziała – „Myślicie, że ten pies jest czyjś?” Pati odpowiedziała pierwsza: Spójrz ma coś na kształt obroży… do tego ten ogień… na pewno pies go nie rozpalił…”  Lusi to nie przekonało – „Zastanawiam się, czy nie wziąć tego psa. Wg mnie wygląda na bezdomnego, nawet jeśli jest ktoś kto rozpalił ognisko…” Byłam w szoku. Wiem, że są ludzie, którzy zabierają zwierzątka z ulicy… Ale mi się przytrafiło to po raz pierwszy. Nie wiedziałam co powiedzieć, co powiedzieć…

W końcu, po kolejnych 20 min Lusi podjęła decyzja – „Bierzemy go… jutro pojedziemy z nim do weterynarza, zrobimy pierwsze szczepienie, usuniemy pchły i kleszcze”. Szok, przeżyłam szok. „Odważna jest!” – pomyślałam.

I tak, z nowym zwierzątkiem na pokładzie, po 2 godzinach, przybyłyśmy do Portopalo.  

Camping da Vinci – miejsce położone w środku cytrynowego sadu

Gdy się obudziłam, było prawie południe. Dziewczyny dawno musiały już nie spać, ponieważ żadnej z nich nie było w pokoju, psów także. „Czas zobaczyć to miejsce w dzień” – pomyślałam i wyszłam z pokoju. Valerio przywitał mnie kawą, co było naprawdę sympatyczne!

Po kawie i kilku ciastkach (tak, tak, tak wygląda zdrowe, włoskie śniadanie!;-)) wyszłam na zewnątrz. I… zamarłam ze zdziwienia – wokół roztaczał się cytrynowy sad, z drzewami uginającymi się pod ciężarem cytryn. Słońce, wiatr i cisza… „Daleko jest stąd do morza?” – zapytałam właściciela. „Około 20 min. pieszo” – usłyszałam odpowiedź Valerio.  „Cóż za miejsce, w środku niczego – można byłoby powiedzieć” – pomyślałam. Głośno zapytałam zaś: „Możemy zobaczyć całość tego miejsca?”

Valerio oprowadził nas po całości swojej posiadłości. Wyjaśnił, że najczęściej przyjeżdżają do niego Palermianie. Cudzoziemcy są gośćmi bardzo sporadycznie – co zresztą nie było dla nas zaskoczeniem. Po zobaczeniu całości kempingu – miejsca do grillowania, miejsca do wspólnych posiłków, części sanitarnej, recepcji i ciągnących się drzew cytrynowych, wśród których można rozbić namiot, zdecydowaliśmy się pojechać nad morze.

Tego mi było potrzeba – ciągnące się kilometrami plaże i szum fal. Zachwyt, radość i spokój – poczułam wewnątrz. Cudownie!!!

Żałowałam nieco, że woda jest jeszcze lodowata oraz że plaża pokryta jest algami. Valerio wyjaśnił nam, że obecność alg oznacza, że woda jest naprawdę czysta, ponieważ te rośliny bardzo szybko wymierają w wodzie zanieczyszczonej. „Oooo…” – zdziwiłyśmy się we trzy. „Pod koniec kwietnia, służby porządkowe przygotują plaże zbierając algi”. „Super” – pomyślałam. Dodatkowo jak się okazało, że plaże podczas sezonu nie są bardzo przeludnione: „Kolejny PLUS!” – pomyślałam. Nie ma to jak pojechać na wakacje i potykać się o innych ludzi! Nienawidzę takich plaż!

Około 19.00 wróciliśmy na kemping. Czas wyruszać w drogę powrotną do Palermo.