Ragusa – magiczne miasto podzielone na dwie części

Ragusa powitała nas mrokiem, a mnie noclegiem w hotelu. W końcu mogłam podładować komputer, telefony komórkowe, baterie do aparatu fotograficznego i oczywiście popisać nieco 🙂

Jednak, zanim na dobre zagościłam w hotelu, poszłyśmy wypić gorącą herbatę i zjeść coś słodkiego. Ooo… jak mi się marzyły ciasteczka owsiane… No cóż, mogłam się tylko oblizać… ponieważ: miasto o 21.30 w zasadzie było wymarłe (należy pamiętać, że była to Niedziela Wielkanocna!). Po trudach szukania, w końcu znalazłyśmy otwartą knajpkę, a w niej upragnioną herbatę !!! Ale moich ciasteczek nie mieli!!

W międzyczasie odezwał się Luka… Aby wam uzmysłowić kierunki, to mniej więcej jest tak jakbyśmy były w Warszawie, Luka w Poznaniu, a my zdecydowałyśmy się pojechać do Lublina… Średnio po drodze…Ba!! W ogóle!!! Podczas rozmowy telefonicznej okazało się jednak, że Luka wraz ze swoimi przyjaciółmi zaprasza nas na Pasquetta w okolicy Gela… Ufff (czyli taki nasz Rzeszów).. Oznacza to, że jesteśmy bliżej tego miejsca niż on sam! Super!! Miejsce spotkania, poniedziałek (jutro), godz.11., Gela.

Ale, ale… przecież jeszcze nie zobaczyłyśmy Ragusa…!! Co robimy?? Razem z Pati chcemy zobaczyć to miasto, Lusi zaś woli spotkać się ze swoim przyjacielem…. W końcu decydujemy – od 8.00 rano do 10.00 zwiedzamy Ragusę, potem jedziemy do Geli na spotkanie z Luką.

No cóż, ale jak się domyślacie – plany, planami… a rzeczywistość, nie zawsze wpasowuje się w to co zaplanowaliśmy. I tak było tym razem. Jadąc autkiem założyłyśmy, że obie Ragusa – Ragusa Superiore (część młodsza, bardziej nowoczesna) i Ragusa Ibla (Stare Miasto) są obok siebie. Zatem zostawiłyśmy autko, aby nie jechać do samego centrum gdzie może być problem z parkingiem, i wybrałyśmy się pieszo.

Jednak okazało się, że Ragusa Ibla jest położona na innym wzgórzu co oznaczało 20 – minutową pieszą wędrówkę ulicą „Via Scala”, która jako jedyna łączyła obie Ragusa.

Obie części Ragusa są warte zobaczenia. Nie można ich porównać – to tak jakby dwa różne miasteczka, z inną zabudową i atmosferą. Zatem każdy w Ragusa powinien znaleźć coś dla siebie 🙂

Zrobiło się późno.Wiedziałyśmy, że nie zdążymy na czas do Geli. Początkowa nieznajomość odległości pomiędzy jedną a drugą Ragusą, pogubienie drogi, poranna kawa – to wszystko razem spowodowało, że godzina 11.00 była zupełnie nierealną… Zadzwoniłyśmy do Luki. Okazało się, że on ze swoimi przyjaciółmi także ma „poślizg czasowy”. Chociaż raz brak włoskiej punktualności na coś przydał!!! 😉

O 11.00 wyjechałyśmy z Ragusa, podążając w kierunku Gela. W umówione miejsce dotarłyśmy na czas (!) i okazało się, że oprócz Luka, jest jeszcze 10 innych osób.  „Przynajmniej w Wielki Poniedziałek nie będę się czuła sama :-)!!”–   myślałam. Szczególnie, że od wielu moich włoskich przyjaciół i znajomych słyszałam powiedzenie: „Natale con i tuoi e Pasqua con chi vuoi”, co oznacza  – „Święta Bożego Narodzenia z rodziną (w znaczeniu – spędzaj zawsze z rodziną/rodzicami), Święta Wielkanocne – z kim chcesz (w znaczeniu – spędzaj je ze swoimi przyjaciółmi lub znajomymi).” Nie wiem jak wam ale mi się bardzo podoba to powiedzenie, ponieważ nie tylko rodzina jest ważną częścią naszego życia. Dla mnie ważni są także przyjaciele.

Po wszystkich powitaniach, uprzejmościach i krótkich rozmowach, wyruszyliśmy. Jak się okazało, po 30 min dojechaliśmy do letniskowego domu jednego z przyjaciół Luka, położonego 20 km za Gela. Oprócz nas, była już na miejscu cała rodzina przyjaciela Luka wraz z jego babcią i ciocią. Możecie mi nie wierzyć, ale jak nigdy, ten gwar, wspólne grilowanie, popijanie wina przywróciło mnie do życia. 🙂 Odczułam jak ważne są takie spotkania, kiedy spotyka się przy stole kilka pokoleń (najmłodszy członek uczestniczący w naszym spotkaniu miał 2 lata, najstarszy natomiast – 70!).

Czas szybko płynął. Po rozmowach z Luka doszłyśmy do wniosku, że pojedziemy na sam „koniec” południowo – wschodniej części Sycylii – do Portopalo. Luka podał nam telefony do swoich 2 przyjaciół – z których jeden prowadził camping. Powiedział nam: „Dzwońcie do nich, powiedzcie że jesteście ode mnie, na pewno wam pomogą w noclegu…” Ucieszyłyśmy się i około 19.00 wyruszyłyśmy w drogę.

Usnęłam – byłam tak zmęczona ostatnimi dniami, że nie potrafiłam dłużej funkcjonować przy dotychczasowej ilości snu. Obudziła mnie nierówności drogi – samochód raz wjeżdżał w dół, po czym z niego wyjeżdżał… wokół była istna ciemność! „Gdzie jesteśmy?” – pomyślałam. „Co się dzieje?”

Po krótkiej rozmowie z Pati – pilotem, okazało się, że nasz zwariowany GPS pokazał taką drogę, którą nie dało się przebyć jadąc szybciej niż niż 15 km/h… pomiędzy trawami, polami i … pod mostem…jednej z głównych dróg… O mój Boże!!! Pod mostem zobaczyłyśmy ognisko. Zaniepokojone brakiem ludzkiej istoty wokół przystanęłyśmy. Lusi wysiadła z samochodu. Do jej nóg podbiegł szczeniak – wyglądał na 4 miesiące… Wyglądał na ucieszonego. Lusi po niedawnej stracie dotychczasowego swojego przyjaciela, nie mogła przejść obojętnie.

Wszystkie trzy zdecydowałyśmy poczekać – „Może, w międzyczasie, przyjdzie ktoś, kto rozpalił to ognisko?” – myślałyśmy. Szczeniak zaś robił wszystko, aby się przymilić. Czas płynął, a nikt się nie pojawiał… W końcu Lusi powiedziała – „Myślicie, że ten pies jest czyjś?” Pati odpowiedziała pierwsza: Spójrz ma coś na kształt obroży… do tego ten ogień… na pewno pies go nie rozpalił…”  Lusi to nie przekonało – „Zastanawiam się, czy nie wziąć tego psa. Wg mnie wygląda na bezdomnego, nawet jeśli jest ktoś kto rozpalił ognisko…” Byłam w szoku. Wiem, że są ludzie, którzy zabierają zwierzątka z ulicy… Ale mi się przytrafiło to po raz pierwszy. Nie wiedziałam co powiedzieć, co powiedzieć…

W końcu, po kolejnych 20 min Lusi podjęła decyzja – „Bierzemy go… jutro pojedziemy z nim do weterynarza, zrobimy pierwsze szczepienie, usuniemy pchły i kleszcze”. Szok, przeżyłam szok. „Odważna jest!” – pomyślałam.

I tak, z nowym zwierzątkiem na pokładzie, po 2 godzinach, przybyłyśmy do Portopalo.  

Caltagirone podczas Wielkanocy

Wielkanoc… Pasqua… powitała nas słońcem w Caltagirone. Około 9.00 wyszłam, aby kupić poranną kawę i croissante. Szłam przez opustoszałe uliczki Caltagirone, szukając otwartego baru. Słonko przygrzewało mocno, a ja przypomniałam sobie jak bardzo lubię poranki. Właśnie taki jak ten: ze słonkiem, z opustoszałymi uliczkami, z budzącym się do życia miasteczkiem. I nagle dotarło do mnie… Są Święta, dzisiaj jest Wielkanoc i jestem… sama… Po raz pierwszy w swoim życiu nie spędzam świąt z najbliższymi, po raz pierwszym czuję się… zagubiona. Czułam smutek, pomimo że moje życie obecne jest wynikiem podjętych wcześniej przeze mnie decyzji. I jak zwykle – podejmując decyzje ZAWSZE wybieramy NAJLEPSZE dla siebie. Potem, gdy mija czas, i możemy je zweryfikować… Cóż, mój czas na weryfikację przypadł na dzień WIELKIEJ NOCY. Niesamowite prawda?

Wracam do autka (tak, spałyśmy tej nocy w autku!), z kawą dla Pati i herbatą dla Lusi. Czas na pobudkę i zwiedzanie Caltagirone.  W pierwszej kolejności szukamy słynnych schodów – La scala di Santa Maria di Monte. Znalazłyśmy! Są!

Caltagirone Caltagirone

Mają 142 stopnie i to właśnie tutaj, zawsze w ostatnią niedzielę maja, urządzana jest jedna z Sagre podczas której, całe schody zamienione zostają w aleję kwiatową! Co roku ta kompozycja przybiera inną postać. Sagre (festiwal) nazywa się „La scala infiorata”. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce właśnie w tym czasie!

Przemierzamy uliczki Caltagirone.

Miasteczko powoli budzi się do życia. Widać osoby w eleganckich ubraniach, z rodzinami, które wyszły na przedpołudniowy spacer. Wszędzie czuć wiosnę. Podczas zagłębiania się w uliczki Caltagirone, rozmawiamy między sobą – co dalej? Ja chciałabym zobaczyć Ragusę, Lusi zaś umówiła się ze swoim przyjacielem Luka, że pojedziemy do Catania, aby razem spędzić drugi dzień świąt, który włosi nazywają „Pasquetta”. Dodatkowo dochodzi dyskusja co i gdzie zjemy?

Wchodzimy do jednej restauracji wskazanej przez miejscową kobietę. Niestety okazuje się, że menu nie przewiduje jedzenia dla wegan. Co więcej, problem mamy także z psem. Rezygnujemy.

W miejscowym barze dziewczyny kupują warzywa. Rozpoczynamy piknik na ławce.

Caltagirone piknik na ławce

Nie mam ochoty na takie jedzenie. Dołącza się do nas Włoch, mieszkaniec Caltagirone. Na końcu języka mam pytanie czemu nie świętuje z rodziną… ale się powstrzymuję… Podczas rozmowy proponuje nam, że chętnie pokaże nam Caltagirone. „Za późno. Już widziałyśmy wszystko. Teraz chcemy zjeść i jechać dalej” – odpowiadamy. Wydaje się być troszkę niepocieszony, ale cóż zrobić…

Po kolejnej dyskusji co dalej i braku jakiejkolwiek odpowiedzi od Luka, w końcu decydujemy się pojechać do Ragusa 🙂 Z pełnymi brzuszkami i minami zdobywców kolejnego pięknego miejsca, wyruszamy w naszą podróż 🙂

Camping da Vinci – miejsce położone w środku cytrynowego sadu

Gdy się obudziłam, było prawie południe. Dziewczyny dawno musiały już nie spać, ponieważ żadnej z nich nie było w pokoju, psów także. „Czas zobaczyć to miejsce w dzień” – pomyślałam i wyszłam z pokoju. Valerio przywitał mnie kawą, co było naprawdę sympatyczne!

Po kawie i kilku ciastkach (tak, tak, tak wygląda zdrowe, włoskie śniadanie!;-)) wyszłam na zewnątrz. I… zamarłam ze zdziwienia – wokół roztaczał się cytrynowy sad, z drzewami uginającymi się pod ciężarem cytryn. Słońce, wiatr i cisza… „Daleko jest stąd do morza?” – zapytałam właściciela. „Około 20 min. pieszo” – usłyszałam odpowiedź Valerio.  „Cóż za miejsce, w środku niczego – można byłoby powiedzieć” – pomyślałam. Głośno zapytałam zaś: „Możemy zobaczyć całość tego miejsca?”

Valerio oprowadził nas po całości swojej posiadłości. Wyjaśnił, że najczęściej przyjeżdżają do niego Palermianie. Cudzoziemcy są gośćmi bardzo sporadycznie – co zresztą nie było dla nas zaskoczeniem. Po zobaczeniu całości kempingu – miejsca do grillowania, miejsca do wspólnych posiłków, części sanitarnej, recepcji i ciągnących się drzew cytrynowych, wśród których można rozbić namiot, zdecydowaliśmy się pojechać nad morze.

Tego mi było potrzeba – ciągnące się kilometrami plaże i szum fal. Zachwyt, radość i spokój – poczułam wewnątrz. Cudownie!!!

Żałowałam nieco, że woda jest jeszcze lodowata oraz że plaża pokryta jest algami. Valerio wyjaśnił nam, że obecność alg oznacza, że woda jest naprawdę czysta, ponieważ te rośliny bardzo szybko wymierają w wodzie zanieczyszczonej. „Oooo…” – zdziwiłyśmy się we trzy. „Pod koniec kwietnia, służby porządkowe przygotują plaże zbierając algi”. „Super” – pomyślałam. Dodatkowo jak się okazało, że plaże podczas sezonu nie są bardzo przeludnione: „Kolejny PLUS!” – pomyślałam. Nie ma to jak pojechać na wakacje i potykać się o innych ludzi! Nienawidzę takich plaż!

Około 19.00 wróciliśmy na kemping. Czas wyruszać w drogę powrotną do Palermo.

Niespodziewany wypadek…

Dzień trzeci przywitał nas słońcem, jednak nie było już tak ciepło jak ostatniego dnia. Wstałam wcześnie, aby być przygotowaną do czekającej nas podróży. Dzisiaj Caltagirone, potem Ragusa – myślałam podśpiewując w duchu.

Razem z Pati zaczęłyśmy sprzątać dom, aby przekazać go właścicielowi czystym. Przyszła Lusi, która była z psami na porannym spacerze. Spojrzałyśmy na psy. Z jednym coś było nie tak. Jego tylnia część trzęsła się w dziwny sposób, tak że biedny piesek ledwo chodził… „Musimy pojechać z nim do lekarza” – powiedziała Patrycja. „Nic mu nie będzie. To już mu się zdarzało” – odpowiedziała Lusi. „No cóż…- pomyślałam – dziwne, ale ok, przecież jest właścicielką, a więc wie lepiej.” Po kilku minutach psu się jednak pogorszyło – dziwne drgania opanowały całe ciało psa w taki sposób, że nie był w stanie utrzymać się na nogach. „Hmm….” – czy to jest faktycznie normalne, tak jak mówiła Lusi? – myślałam. „Lusi, wg mnie coś się dzieje niedobrego z twoim psem, musimy jechać do lekarza” – powiedziałam o tym głośno do Lusi. Jednak miałam wrażenie, że ani moje słowa ani słowa Pati nie przekonały Lusi.  Minęło kolejne 5 minut, gdy taką samą reakcję zobaczyłyśmy u drugiego psa. Tym razem Lusi zareagowała – „Szybko, pomóżcie mi, prawdopodobnie psy zjadły coś niedobrego”.

Pobiegłam do domu Rodziców Giuseppe (sam Giuseppe był w pracy) aby zapytać gdzie mieści się najbliższy weterynarz… Jednak, okazało się, że w tak małej miejscowości nie ma nikogo, kto zajmuje się zwierzętami. Jednak, zaniepokojona mama Giuseppe poradziła mi odwiedzić mieszkającą niedaleko panią, która „sprawowała funkcję” miejscowego weterynarza. Kobieta ta poradziła mi, aby dać psom soli i dużą ilość wody, tak aby spowodować wymioty. Do tego czasu miała ona przyjść z lekarstwem.

Pobiegłam do dziewczyn niosąc ze sobą sól i miskę z wodą. Lusi szybko zaczęła stosować się wskazówek udzielonych przez kobietę. Jednak mając dwa psy, mogła udzielić pomocy tylko jednemu. Nagle drugi pies, który czekał na swoją kolej, zerwał się i zaczął biec. Pati widząc co się dzieje, pobiegła za nim, starając się go dogonić i z powrotem sprowadzić do domu. Jednak pies był szybszy.

W tym samym czasie, obie z Lusi dawałyśmy sól z dużą ilością wody psu, który zaczął wymiotować. Po chwili dotarła do nas pani „weterynarz” z dwoma zastrzykami. Oba zastrzyki zrobiła leżącemu psu. „Miejmy nadzieję, że to pomoże” – pomyślałam. Lusi widząc to, zadecydowała, że jedzie szukać drugiego psa, ja zaś zostałam z tym, któremu podano lekarstwa.

Co za uczucie – kiedy widzicie jak Wasze zwierzątko się męczy – i nie możecie nic zrobić tylko czekać, aż zadziałają zastrzyki. Wokół mnie i psa zaczęła gromadzić się miejscowa społeczność. Niektórzy zaczęli dzwonić do weterynarzy z innych pobliskich miejscowości, jedna z mieszkanek przyniosła pled i okryła pieska; przyszła także pani „weterynarz” z nowym lekarstwem. Wszyscy mieszkańcy chcieli pomóc, niestety w Wielką Sobotę trudno było znaleźć dostępnego weterynarza. Był jeden, jednak trzeba było czekać, ponieważ przeprowadzał operację.

Minęła godzina, potem druga, a ja nie widziałam poprawy… i byłam sama… widząc jak zwierzę cierpi, nie potrafiłam pohamować swoich łez. Wróciła Lusi, aby sprawdzić jak czuje się jej pies… co ja jej mogłam powiedzieć… Bezsilność!!! Ale jaka BEZSILNOŚĆ!

Po kolejnej godzinie, przyjechał jeden z mieszkańców z wiadomością, że operacja się skończyła i weterynarz może zobaczyć tego psa.Jedź z nimi” – usłyszałam od Lusi… „Lusi nie mogę, to jest twój pies, i teraz on ciebie potrzebuje…”- odpowiedziałam. I pojechali… a my wróciliśmy do poszukiwań zaginionego psa. Szukali wszyscy – policja, karabinierzy, miejscowi mieszkańcy… WSZYSCY! Aż znalazła… Pati 🙂 🙂 !! I za chwilę kolejny SZOK! – pies wygląda tak jakby mu się nic nie stało!!! A przecież miał te same objawy co ten leżący na ulicy…! O co tu chodzi???? Czy to możliwe? – pytałam siebie samą…

A potem wypadki potoczyły się same: telefon… łzy… pogrzeb… pies zdechł na stole u weterynarza. Diagnoza – pies musiał zjeść trutkę na szczury… „Na ulicy? Przecież to niemożliwe??” – kolejne pytania przychodziły mi do głowy. Niestety okazało się, że niektórzy mieszkańcy, którym nie podobają się bezpańskie psy, właśnie w ten sposób chcą się pozbyć tego problemu… „Ale to nie humanitarne, przecież! – myślałam – Jak tak można?”

Giuseppe, Alessandro, Fausto i Pan, który zawiózł Lusi z psem do weterynarza, wykopali dół w ziemi… Lusi, potrzebowała nieco więcej czasu na pożegnanie. Zostawiliśmy ją samą – takie miała życzenie.

A potem… potem jak najszybciej opuściliśmy Montedoro, aby dać Lusi odetchnąć. Jednak, tylko jeden pies na „pokładzie”, zamiast dwóch, przypominał jej ten tragiczny dzień, przez całą naszą wyprawę.

To co? Pojedziecie same…

Kilka dni przed wylotem zaczęły się problemy, zaatakowała mnie rwa kulszowa. Paskudne to i bolesne, chodzić nie można, a i z siedzeniem jest problem. Wizyta u lekarza wyglądała mniej więcej tak:
– Dzień dobry pani!
– Dzień dobry! Co panu dolega?
– Boli mnie noga od pośladka, aż do kolana.

(kilka pytań, badanie i diagnoza)

– Ma pan porażony nerw kulszowy.
– Pani doktor, za 4 dni wyjeżdżamy na ferie do Włoch , musi mi Pani jakoś pomóc.

– Tylko niech mi pan nie mówi, że na narty…

No bardzo śmieszne… Na tyłku wygodnie usiąść nie mogę, a ona mi tutaj o nartach!
– Nie, proszę pani, na Sycylię, do Palermo. To na południu Włoch.
– No dobrze, wie pan, że powinnam dać panu dwa tygodnie zwolnienia i zapisać codzienne zastrzyki? Spróbujemy inaczej…
Uff, dostałem tabletki. Choć nie sądziłem, nie wierzyłem, że pomogą.

Po powrocie do domu krótka bójka z myślami i decyzja…
– Olku, pojedziecie z Emilą same. Bezsensu, abym jechał z wami i siedział w pokoju cały dzień.
– Oj przestań, pojedziesz. Zobaczysz, leki pomogą. Nie możesz tego zrobić naszej córce.
Było jeszcze kilka takich rozmów, i ostateczna decyzja…jedziemy wszyscy 🙂

Jeszcze zakupy dla Iwonki, jakieś dziwne rzeczy z Polski…musli, lakiery do pazurów, ech…zebrała się tego cała walizka. No i oczywiście wizyta w kantorze –  jakaś gotówka się przyda… nawet w dobie kart kredytowych.

Pakowanie naszych rzeczy do 2. nad ranem. Znaczy ona pakowała, ja po raz pierwszy miałem okazję, czas, chęć poczytać o Palermo. Budzik nastawiony na 7.30 i dobranoc Warszawo. Następny wieczór już na Sicilii.

Sicilia…początek

Miśku, jak przetłumaczyć japońską stronę na język polski? zapytała Ola któregoś wieczoru.

– Jak to przetłumaczyć japońską stronę ? A co Ty robisz?! – zaniepokoiłem się nie na żarty…

– Wiesz, jest taka promocja w Alitalii, można tanio bilety kupić, a Iwonka zapraszała nas już dawno do Palermo.

– Promocja? Alitalia? Palermo? O matko!! … Zobacz można skorzystać z Tłumacza Google, ale tłumaczenie nie będzie doskonałe.

– Miśku gdzie masz swoja kartę kredytową?

– Coo?? Jaką kartę? Ile Ty chcesz wydać? Na co? Dlaczego? Znowu coś wymyśliłaś…

– Właśnie kupiłam bilety do Palermo dla naszej trójki, na pierwszy tydzień ferii zimowych. I wcale nie było drogo…

Rzeczywiście, drogo nie było, ale pewności, że te bilety mamy, też nie. Przychodziły kolejne maile, pojawiały się kolejne informacje, że niby wszystkie bilety kupione w japońskiej promocji, zostaną anulowane. Ostateczne potwierdzenie przyszło na dwa tygodnie przed wylotem, wraz z potwierdzeniem rezerwacji . Wylot 27 stycznia, powrót 2 lutego. Tak oto trafiliśmy do Palermo.

Oprócz naszej bliskiej przyjaciółki – która od ponad pół roku uczyła się języka włoskiego, uciekając z Polski od przeszłości i korporacyjnego życia w dziale sprzedaży – o Włoszech, a w szczególności o Palermo, nie wiedziałem wiele. Mafia, „Rodzina Soprano” –  serial, który mój najmłodszy brat oglądał już ze 3 razy, kultowy dla mnie „Ojciec chrzestny” i Corleone – wioska, w której Michael ukrywał się w drugiej (chyba) części filmu… Spaghetti, pizza i kawa… Wszystkie skojarzenia, które na szybko mogłem wypluć z siebie przed tymi wydarzeniami, o których tutaj piszę. No, może jeszcze pomarańcze, nie wiem skąd miałem w głowie pomarańcze. Inne niż te, które tutaj można kupić (nawet w najbardziej wykwintnej budzie na bazarku). Pomarańcze aż czerwone od słońca, soczyste, z których sok wcale nie jest pomarańczowy lecz ciemno czerwony jak krew. To siedziało w mojej głowie i wypływało przy próbie wyobrażenia sobie Włoch, Sycylii… a raczej Sicilii – jak powinno się pisać.

Następnie były przygotowania, setki rozmów z rzeczoną Iwoną, która w międzyczasie załatwiła nam miejsce, gdzie mieliśmy stacjonować: B&B u jej znajomego Giovanniego. Fajne miejsce, nie powiem, w samym centrum Palermo, na zdjęciach wszystko wyglądało jak z bajki.. Po preferencyjnych cenach mieliśmy dostać pokój z łazienką i tradycyjne włoskie śniadanie każdego dnia. A i miał być jeszcze dostęp do internetu, cieszyło mnie to bardzo, gdyż większość z moich męskich (i nie tylko) zabawek takiego dostępu wymaga. Na szczęście okazało się, że dobry research na miejscu jest bardzo przydatny.

Iwona miała chyba plan przećwiczenia na nas swojej wizji Palermo. Po analizie okazało się, że dla nas zostało aż 2 godziny wolnego,  środowego popołudnia, które nie były jeszcze wypełnione kolejną aktywnością. Jakże ona się myliła…