Niespodziewany wypadek…

Dzień trzeci przywitał nas słońcem, jednak nie było już tak ciepło jak ostatniego dnia. Wstałam wcześnie, aby być przygotowaną do czekającej nas podróży. Dzisiaj Caltagirone, potem Ragusa – myślałam podśpiewując w duchu.

Razem z Pati zaczęłyśmy sprzątać dom, aby przekazać go właścicielowi czystym. Przyszła Lusi, która była z psami na porannym spacerze. Spojrzałyśmy na psy. Z jednym coś było nie tak. Jego tylnia część trzęsła się w dziwny sposób, tak że biedny piesek ledwo chodził… „Musimy pojechać z nim do lekarza” – powiedziała Patrycja. „Nic mu nie będzie. To już mu się zdarzało” – odpowiedziała Lusi. „No cóż…- pomyślałam – dziwne, ale ok, przecież jest właścicielką, a więc wie lepiej.” Po kilku minutach psu się jednak pogorszyło – dziwne drgania opanowały całe ciało psa w taki sposób, że nie był w stanie utrzymać się na nogach. „Hmm….” – czy to jest faktycznie normalne, tak jak mówiła Lusi? – myślałam. „Lusi, wg mnie coś się dzieje niedobrego z twoim psem, musimy jechać do lekarza” – powiedziałam o tym głośno do Lusi. Jednak miałam wrażenie, że ani moje słowa ani słowa Pati nie przekonały Lusi.  Minęło kolejne 5 minut, gdy taką samą reakcję zobaczyłyśmy u drugiego psa. Tym razem Lusi zareagowała – „Szybko, pomóżcie mi, prawdopodobnie psy zjadły coś niedobrego”.

Pobiegłam do domu Rodziców Giuseppe (sam Giuseppe był w pracy) aby zapytać gdzie mieści się najbliższy weterynarz… Jednak, okazało się, że w tak małej miejscowości nie ma nikogo, kto zajmuje się zwierzętami. Jednak, zaniepokojona mama Giuseppe poradziła mi odwiedzić mieszkającą niedaleko panią, która „sprawowała funkcję” miejscowego weterynarza. Kobieta ta poradziła mi, aby dać psom soli i dużą ilość wody, tak aby spowodować wymioty. Do tego czasu miała ona przyjść z lekarstwem.

Pobiegłam do dziewczyn niosąc ze sobą sól i miskę z wodą. Lusi szybko zaczęła stosować się wskazówek udzielonych przez kobietę. Jednak mając dwa psy, mogła udzielić pomocy tylko jednemu. Nagle drugi pies, który czekał na swoją kolej, zerwał się i zaczął biec. Pati widząc co się dzieje, pobiegła za nim, starając się go dogonić i z powrotem sprowadzić do domu. Jednak pies był szybszy.

W tym samym czasie, obie z Lusi dawałyśmy sól z dużą ilością wody psu, który zaczął wymiotować. Po chwili dotarła do nas pani „weterynarz” z dwoma zastrzykami. Oba zastrzyki zrobiła leżącemu psu. „Miejmy nadzieję, że to pomoże” – pomyślałam. Lusi widząc to, zadecydowała, że jedzie szukać drugiego psa, ja zaś zostałam z tym, któremu podano lekarstwa.

Co za uczucie – kiedy widzicie jak Wasze zwierzątko się męczy – i nie możecie nic zrobić tylko czekać, aż zadziałają zastrzyki. Wokół mnie i psa zaczęła gromadzić się miejscowa społeczność. Niektórzy zaczęli dzwonić do weterynarzy z innych pobliskich miejscowości, jedna z mieszkanek przyniosła pled i okryła pieska; przyszła także pani „weterynarz” z nowym lekarstwem. Wszyscy mieszkańcy chcieli pomóc, niestety w Wielką Sobotę trudno było znaleźć dostępnego weterynarza. Był jeden, jednak trzeba było czekać, ponieważ przeprowadzał operację.

Minęła godzina, potem druga, a ja nie widziałam poprawy… i byłam sama… widząc jak zwierzę cierpi, nie potrafiłam pohamować swoich łez. Wróciła Lusi, aby sprawdzić jak czuje się jej pies… co ja jej mogłam powiedzieć… Bezsilność!!! Ale jaka BEZSILNOŚĆ!

Po kolejnej godzinie, przyjechał jeden z mieszkańców z wiadomością, że operacja się skończyła i weterynarz może zobaczyć tego psa.Jedź z nimi” – usłyszałam od Lusi… „Lusi nie mogę, to jest twój pies, i teraz on ciebie potrzebuje…”- odpowiedziałam. I pojechali… a my wróciliśmy do poszukiwań zaginionego psa. Szukali wszyscy – policja, karabinierzy, miejscowi mieszkańcy… WSZYSCY! Aż znalazła… Pati 🙂 🙂 !! I za chwilę kolejny SZOK! – pies wygląda tak jakby mu się nic nie stało!!! A przecież miał te same objawy co ten leżący na ulicy…! O co tu chodzi???? Czy to możliwe? – pytałam siebie samą…

A potem wypadki potoczyły się same: telefon… łzy… pogrzeb… pies zdechł na stole u weterynarza. Diagnoza – pies musiał zjeść trutkę na szczury… „Na ulicy? Przecież to niemożliwe??” – kolejne pytania przychodziły mi do głowy. Niestety okazało się, że niektórzy mieszkańcy, którym nie podobają się bezpańskie psy, właśnie w ten sposób chcą się pozbyć tego problemu… „Ale to nie humanitarne, przecież! – myślałam – Jak tak można?”

Giuseppe, Alessandro, Fausto i Pan, który zawiózł Lusi z psem do weterynarza, wykopali dół w ziemi… Lusi, potrzebowała nieco więcej czasu na pożegnanie. Zostawiliśmy ją samą – takie miała życzenie.

A potem… potem jak najszybciej opuściliśmy Montedoro, aby dać Lusi odetchnąć. Jednak, tylko jeden pies na „pokładzie”, zamiast dwóch, przypominał jej ten tragiczny dzień, przez całą naszą wyprawę.

Spokojne Montedoro i środek Sycylii – Enna

Montedoro. Piękną pogodą i słońcem rozpoczęłyśmy dzień drugi!! 🙂  Dla mnie pogoda, jak w Polsce w czerwcu, a tutaj mamy koniec marca! i jeśli jeszcze pomyślę, że teraz w Polsce jest powrót zimy… achhh… jak mi dobrze!! Marzy mi się aby zobaczyć Caltanissetta raz jeszcze, ponieważ wczoraj wieczorem stara część tego miasta, rynek, wywarły na mnie duże wrażenie. Ale przy takiej pięknej pogodzie, aż szkoda wracać do miasta… Postanawiamy kupić coś do jedzenia i wyruszamy na podbój Montedoro! 😉

Jak tutaj jest niesamowicie cicho… tylko co jakiś czas mijają nas samochody zaciekawionych mieszkańców. Czuję się jak na spektaklu, w którym to ja jestem aktorem oglądanym przez publiczność! Brrr… nie lubię tego uczucia! kiedy czuję się przez wszystkich obserwowana, kompletnie jak inwigilacja!

Pomimo tej niedogodności, okazało się, że Montedoro jest niesamowitym miasteczkiem, ukrytym pośród gór Sycylii. Mieszkańcy zaś są życzliwi i chętni do rozmów. Duże zainteresowanie wśród nich wzbudzały psy Lusi. Dwa ogromne, bardzo mądre i nader cierpliwe zwierzaki. Ale jakie posłuszne!

Podziwiając uroki miasteczka i jednocześnie odpoczywając od tętniącego życiem i chaotycznego Palermo, w głowie miałam tylko jedną myśl – prezent… Prezent dla Giuseppe, który zgodził się, abyśmy przenocowały w jego domu dwa dni. Jutro wyjeżdżamy i nie mamy nic, co mogłybyśmy mu dać w ramach podziękowania za możliwość noclegu. Sycylijczycy są znani ze swojej otwartości i gościnności. Zawsze, kiedy jesteś w potrzebie możesz liczyć na ich pomoc.

Ale gdzie go tutaj kupić? Enna… miasto położone na wysokości 990 m.n.p.m około 64 km od Montedoro. Położenie geograficzne Enny wskazuje, że znajduje się ona w środku Sycylii. Miasto podzielone jest na 2 części – Enna Alta (Wysoka) i Enna Monte. Enna Alta to część , gdzie zobaczycie Stare Miasto, natomiast Enna Monte, powstała później, w ramach powiększania się miasta i stanowi jego nową część.

Dojechałyśmy do Enny popołudniem, trafiając w sam środek ceremonii Wielkiego Piątku. I znowu, podobnie jak w Caltanissetta, także i tutaj w pochodzie uczestniczyły osoby niosące rzeźby, przebrane w różnoraki sposób. I znowu pochód otaczał miasto przy dźwiękach smutnych pieśni. Cóż za niezwykła forma wyrażenia Drogi Krzyżowej Chrystusa – myślałam…

Kiedy pochód dobiegł końca, nadszedł czas na poszukanie prezentu, a potem na jedzenie. Pierwszy cel osiągnięty – czekolada, herbata!, i czekolada do picia – wszystkie produkty spoza Sycylii – kupione! 🙂
Teraz jedzenie… Powinniście wiedzieć, że Sycylia słynie z bardzo dobrego jedzenia; znam osoby, które po dłuższym pobycie tutaj, nie potrafiły wrócić do naszej kuchni…i przywiozły do Polski 5 kg więcej… A więc uwaga! dla osób odchudzających się!!!!
Jednak my podczas naszej wycieczki miałyśmy „na pokładzie” wegetariankę i wegankę… Z obiema tymi dietami tutaj nie jest prosto, ponieważ jest niewiele miejsc, w których można coś zjeść zgodnie z ich regułami… a więc chodziłyśmy od miejsca do miejsca pytając czy restauratorzy są w stanie przygotować coś specjalnego dla tych osób, w szczególności dla weganki. No i jeszcze psy…

Jeśli zamierzacie wybrać się na wycieczkę na Sycylię należy pamiętać, że nie wszystkie miejsca są nastawione przyjaźnie do zwierząt, w szczególności gdy chcemy zjeść w pomieszczeniu, a nie na zewnątrz. Wynika to głównie z faktu bardzo surowych procedur sanitarnych i lęku właścicieli przed wysokimi karami, w przypadku kontroli.
My jednak mieliśmy szczęście – w Ennie znalazłyśmy małą meksykańską restaurację, w której zarówno Patrycja (wegetarianka) i Lusi (weganka) mogły znaleźć coś dla siebie i poprosić także o przygotowanie specjalnego dania. Restauracja zgodziła się także na psy:-) 🙂 A więc jednak można… gdy się chce!

W Ennie spędziłyśmy czas do wieczora, po czym wróciłyśmy do naszej bazy w Montedoro, aby już nazajutrz ruszyć dalej.

Caltanissetta – miejsce, które warto zobaczyć podczas Świąt Wielkanocnych

Już od jakiegoś czasu marzyła mi się południowo – wschodnia część Sycylii. Ciągle słyszałam – Byłaś w różnych zakątkach tej wyspy, a w tej najpiękniejszej części nie byłaś!?!!?? A więc, kiedy postanowiłam nie wracać do domu na Święta Wielkanocne, byłam pewna, że wybiorę się właśnie tam!  Chciałam zobaczyć słynną Ragusę, podzieloną na dwie części, barokowe Noto, sławną z czekolady Modicę i oczywiście schody w Caltagirone. Dodatkowo, moi włoscy przyjaciele powiedzieli mi, że nie mogę pominąć Caltanissetta, w której odbywają się przepiękne pochody związane ze Świętami Wielkanocnymi.

Ale aby nie podróżować sama, jak zazwyczaj to czynię, postanowiłam porozmawiać z Patrycją. Patrycja jest fotografką, reporterką oraz filmowcem. Prace, które do tej pory przedstawiała zawsze niosły ze sobą głębszy przekaz dla odbiorców.

DSCF1803

Potrzebowałyśmy jeszcze autka! Owszem, zawsze można je wypożyczyć, jednak znacznie fajniej podróżować jest jeszcze z kimś! Zatem, zrobiło nam się niezmiernie miło, gdy do naszego zespołu dołączyła jeszcze Lusi, wraz ze swoimi dwoma psami 🙂
Lusi jest Czeszką i przyjechała do Palermo na pół roku, w ramach programu Erasmus.

DSCF1781

Start wyprawy został wyznaczony na czwartek, 28 kwietnia, na godz. 10.30. W związku z tym, że mieszkam niedaleko jednego z wyjazdów na autostradę, dziewczyny miały przyjechać po mnie. O 12.00 byłam nieco zaniepokojona. Co się stało? Może był wypadek? Ależ taki byłby korek? To niemożliwe… Zadzwoniłam do Pati… i okazało się, że ona dopiero pakuje swoje rzeczy, że nawet nie dojechała do Lusi…

W końcu o godz. 15.00 udało się nam wyjechać. Achhh jak dobrze! Jaka piękna pogoda 🙂  Bardzo chciałyśmy zobaczyć zamek w Mussomeli. Jednak… okazało się, że popołudniem w zimie!!! (jakiej zimie??? – myślałyśmy…) zamek jest nieczynny. Zatem wszystkie fotki uwieczniające tą niesamowitą budowlę, zrobiłyśmy z zewnątrz 🙁

DSCF1653-2

No cóż zrobić… jak jest zamknięte – wybieramy kierunek na Caltanissetta. To przecież tam mają się odbyć dzisiaj najpiękniejsze pochody! Wyruszyłyśmy.

Przybyłyśmy o zmroku do tego miasta. Blokady ulic w centrum, pełno ludzi, oczekujących rozpoczęcia się ceremonii..i nagle huk fajerwerków nad kościołem Świętej Agaty! Cóż za widok! Jakie piękne! Ale czy to aby te święta, które Polacy przeżywają w ciszy do czasu zmartwychwstania??? – myślałam…Niesamowite! jak różnie można podchodzić do świąt pomimo tego samego wyznania! I zaczęło się… Ruszył pochód złożony z głównych stacji Drogi Krzyżowej, niezliczonej liczby przebranych w różny sposób osób.  Cóż za niesamowite widowisko!

Dodatkowo ucieszył mnie fakt, że spotkałam  się także ze swoimi znajomymi – Valerią i jej kuzynką Claudią, z ich rodzicami i najbliższymi.

Valeria & Claudia

Ponadto spotkałam się z Alessandro i jego przyjaciółmi. To właśnie przyjaciel Alessandro – Giuseppe zaproponował nam nocleg w swoim domu. Super! 🙂 🙂