Odloty i przyloty, a wieczorem…

Taksówka na lotnisko, odprawa, podczas której byliśmy świadkami scenki rodzajowej, która mogła zdarzyć się wszędzie, ale zdarzyła się właśnie na Okęciu.
Kolejka do odprawy dla lecących do Rzymu, dwa stanowiska, pani kierująca ruchem. Jedno okienko obsługuje tych, którzy nie odprawili się elektronicznie. Jest długa, nawet bardzo, ale my spokojnie stoimy w tej drugiej. Odprawa dokonana wieczora poprzedniego 🙂
Wspomniana pani, jak przypuszczam, ma za zadanie kierować odprawianych do właściwego okienka i odwrotnie. Polski, angielski – laska daje radę. Jednak stanął w naszej krótszej kolejce obywatel Italii i taki oto dialog usłyszeliśmy:
– Hello sir, do you have your boarding card already?
Pan patrzy na laseczkę jakby po hebrajsku nadawała, więc laska się wysila i pyta:
– Do you have carta de la …  yyyy… something?
Ech, tak Angielsko-Włosko-Polska zdolność dogadania się w każdej sytuacji 🙂 Zawsze można użyć części słów po Włosku, a resztę doprawić szczyptą Włoskiego.

Odprawa prawie bez problemu, oprócz (jak się później okazało) alarmu wywołanego przez czujniki promieniowania radioaktywnego. Ponoć czasem się włączają bez powodu. Jeszcze kawa, bo do odlotu godzina, koszt 2 kubków kawy i Ice Tea dla Emily 65 pln, ech ten wypas.
Odlot z Wawy i przylot do Rzymu jedyne 2 godziny.  Gdyby nie bolący tyłek, byłoby całkiem przyjemnie. Teraz 2 godziny w Rzymie: poszukiwanie palarni, szybkie przekąski i czekamy na samolot do Palermo.
Pierwsza włoska kawa (ech, ta na Okęciu to jakiś sik) i odlot do Palermo. Samolot tak samo pełny jak z Warszawy.

Lądowanie w Palermo już po zmroku, czego bardzo żałuje, bo lotnisko położone jest nad samym morzem.
Jesteśmy, odnalezienie bagaży nie jest sprawą łatwą, lecz w końcu sukces! Wychodzimy z terminala około 20.
Sicilia, la Bella Sicilia, pierwszy wdech powietrza i jest inaczej, cieplej, przyjemniej. Papieros, po którym zgodnie z instrukcjami szukamy busa do miasta. Lotnisko oddalone jest od Palermo o jakieś 30 km. Bus ma kosztować 6 euro od osoby. Wreszcie znajdujemy domek pana od biletów. I po następnych kilku minutach siedzimy spokojnie na swoich miejscach. W autokarze oprócz nas jest jeszcze jedna para Polaków, jacyś Rosjanie, Włosi i Amerykanie. Na pokładzie jest Wi-Fi, można z telefonu dać znak, że jesteśmy. Meldunek na fejsie i SMS do Iwony, która czeka na nas na piazza Politeama. W między czasie autobus rusza, jedziemy dwu pasmową drogą. Jest całkiem przyjemnie.

Co jakiś czas bus zatrzymuje się i ktoś wysiada. Kierowca podaje nazwy kolejnych przystanków. Wreszcie i nasz Politeama. Tutaj wysiada najwięcej ludzi.  Wyciągamy walizki i szukamy wzrokiem Iwony.
Jest! Ciepłe przywitanie, całusy i w drogę. Idziemy chodnikiem mijając ludzi, pewnie Włochów. Ale jaja, nie jesteśmy już w Polsce i zupełnie nie rozumiem co ci ludzie mówią do siebie… fajnie!
Zgiełk na ulicy jak na Marszałkowskiej w południe, a mamy 21 w niedzielę. Nieprzerwany ciąg samochodów powoli sunie ulicą, a my ciągle idziemy – zdaje się pod prąd, do naszego B&B.

Stanęliśmy na światłach, Ola z Iwoną gadają jak najęte, w końcu nie widziały się dwa miesiące, a ja chłonę tę niezwykłą atmosferę. Też tak macie w nowym miejscu? Nagle z zamyślenia wyrywa mnie język polski, ale nie mojej wycieczki.  To był męski głos, który – jak się domyślam – tłumaczył komuś, co oznacza napis na znaczku przypiętym do mojego plecaka. „Nie jestem terrorystą, jestem fotografem”. A więc jest tu naszych rodaków więcej; dużo więcej jak się miało później okazać.
Dochodzimy do dużego placu z ogromnym, neoklasycznym budynkiem. „To Teatro Massimo”, mówi Iwona. Teraz to już naprawdę nie daleko do celu. Rzeczywiście po 5 minutach jesteśmy na miejscu. Boczna, cicha uliczka, ogromne drzwi do budynku i klatka schodowa pasująca do całości. Samochód można by tam parkować, albo i dwa. Winda za to taka, że ledwo z Emką, walizką i moim plecakiem foto, mieścimy się w środku. Czwarte piętro, dwa mieszkania na nim. Nasz B&B i drugie z kamerką nad wejściem… dziwne.
Wchodzimy do środka, wita nas młody człowiek, który przedstawia się jako Giovanni i prowadzi nas do pokoju przy samych drzwiach wyjściowych z mieszkania. Nasz pokój jest duży, czysty i zadbany. Mamy podwójne łóżko i rozkładane łóżko dla Em,  biurko, na ścianie obrazy i telewizor, oprócz tego szafa i drzwi do łazienki. Jest ok, myślę, damy radę.

Zostawiamy rzeczy w pokoju i po krótkich ustaleniach (na szczęście Giovanni zna dość dobrze angielski) ustalamy, że bezzwłocznie idziemy coś zjeść. Wreszcie, cały dzień na nogach bez konkretnego jedzenia.
Nagle pojawia się jeszcze jedna dziewczyna, okazuje się, że nazywa się Weronika i jest Rumunką, na oko około 30 lat, ubrana na sportowo w czapeczce baseballowej, z czarnymi włosami spiętymi z tyłu w kucyk.

Wychodzimy. Giovanni proponuje znaną mu, rodzinną knajpkę nieopodal naszego mieszkania. Idziemy więc, przechodząc przez wąziutkie i ciemne uliczki Palermo – to nasze pierwsze zwiedzanie. Jest koło 22. więc my, a szczególnie Em jest padnięta. Rozbudza i podnieca ją jedynie fakt, że będziemy jedli w knajpie.  Ona od zawsze wolała knajpy niż domowe jedzenie. Nie żebyśmy źle w domu jadali, Ola gotuje naprawdę nieźle. Czasem i ja coś upichcę, ale jak rozumiem w knajpie jest lepiej i 100 punktów w rankingu popularności dostaje ten, kto zaproponuje knajpę.

To tutaj, po 10 minutach docieramy do celu. Wchodzimy do knajpki gdzie na parterze stoją 3 stoły plus bar i naprzeciw wejścia schody na pierwsze piętro. Ustalamy, że zostajemy na dole. Na parterze siedzi ojciec, matka i, wydaje się, córka właścicieli. Giovanni wita się ze wspomnianym właścicielem dwoma buziakami w policzek… dziwne to dosyć. Dostajemy menu i zamawiamy. Na początek antipasti czyli przekąski włoskie. Jak się okazuje dostajemy frytki, paluszki ziemniaczane z serem ricotta w środku, płaskie kwadraty z ziemniaków z głębokiego tłuszczu i jakieś sosy do tego. Na drugie Em zamawia sobie pizzę, my z Olą też, tylko w wersji familijnej, a reszta wesołej kompanii inne dania. Do tego butelkę domowego wina, dobrego, bardzo czerwonego wina. Wychodzę na papierosa, na Sicilii  w restauracjach też jest zakaz palenia, nie mam z tym problemu. Wręcz przeciwnie lubię jeść nie czując dymu, jak ktoś mi w twarz dymem dmucha… paskudztwo. Em dostała swoją pizzę, reszta zamówienia też już jest na stole, a my nadal czekamy na familijną. Wreszcie Pani przynosi i dla nas gigantyczną pizzę na metalowym talerzu, świeża ruccola na wierzchu… mniam. Już miałem zabierać się za pierwszy kawałek, ale jakieś robaczki zaczynają wyłazić spod tego metalowego talerza. Na początku wydawało mi się, że to jakaś muszka jednak z każdą sekundą było ich więcej. Właściciele natychmiast przywołani do nas, zaczęli szmatą rozgniatać te stworzonka na naszym stole. Tłumaczyli, że to na pewno z ruccoli i że natychmiast zrobią drugą pizzę. Podziękowaliśmy i wyszliśmy stamtąd czym prędzej płacąc za wino i przystawki.

Tak zakończył się nasz pierwszy dzień w Palermo, urocze, czyż nie?


20130127_180757

20130127_214944

Sicilia…początek

Miśku, jak przetłumaczyć japońską stronę na język polski? zapytała Ola któregoś wieczoru.

– Jak to przetłumaczyć japońską stronę ? A co Ty robisz?! – zaniepokoiłem się nie na żarty…

– Wiesz, jest taka promocja w Alitalii, można tanio bilety kupić, a Iwonka zapraszała nas już dawno do Palermo.

– Promocja? Alitalia? Palermo? O matko!! … Zobacz można skorzystać z Tłumacza Google, ale tłumaczenie nie będzie doskonałe.

– Miśku gdzie masz swoja kartę kredytową?

– Coo?? Jaką kartę? Ile Ty chcesz wydać? Na co? Dlaczego? Znowu coś wymyśliłaś…

– Właśnie kupiłam bilety do Palermo dla naszej trójki, na pierwszy tydzień ferii zimowych. I wcale nie było drogo…

Rzeczywiście, drogo nie było, ale pewności, że te bilety mamy, też nie. Przychodziły kolejne maile, pojawiały się kolejne informacje, że niby wszystkie bilety kupione w japońskiej promocji, zostaną anulowane. Ostateczne potwierdzenie przyszło na dwa tygodnie przed wylotem, wraz z potwierdzeniem rezerwacji . Wylot 27 stycznia, powrót 2 lutego. Tak oto trafiliśmy do Palermo.

Oprócz naszej bliskiej przyjaciółki – która od ponad pół roku uczyła się języka włoskiego, uciekając z Polski od przeszłości i korporacyjnego życia w dziale sprzedaży – o Włoszech, a w szczególności o Palermo, nie wiedziałem wiele. Mafia, „Rodzina Soprano” –  serial, który mój najmłodszy brat oglądał już ze 3 razy, kultowy dla mnie „Ojciec chrzestny” i Corleone – wioska, w której Michael ukrywał się w drugiej (chyba) części filmu… Spaghetti, pizza i kawa… Wszystkie skojarzenia, które na szybko mogłem wypluć z siebie przed tymi wydarzeniami, o których tutaj piszę. No, może jeszcze pomarańcze, nie wiem skąd miałem w głowie pomarańcze. Inne niż te, które tutaj można kupić (nawet w najbardziej wykwintnej budzie na bazarku). Pomarańcze aż czerwone od słońca, soczyste, z których sok wcale nie jest pomarańczowy lecz ciemno czerwony jak krew. To siedziało w mojej głowie i wypływało przy próbie wyobrażenia sobie Włoch, Sycylii… a raczej Sicilii – jak powinno się pisać.

Następnie były przygotowania, setki rozmów z rzeczoną Iwoną, która w międzyczasie załatwiła nam miejsce, gdzie mieliśmy stacjonować: B&B u jej znajomego Giovanniego. Fajne miejsce, nie powiem, w samym centrum Palermo, na zdjęciach wszystko wyglądało jak z bajki.. Po preferencyjnych cenach mieliśmy dostać pokój z łazienką i tradycyjne włoskie śniadanie każdego dnia. A i miał być jeszcze dostęp do internetu, cieszyło mnie to bardzo, gdyż większość z moich męskich (i nie tylko) zabawek takiego dostępu wymaga. Na szczęście okazało się, że dobry research na miejscu jest bardzo przydatny.

Iwona miała chyba plan przećwiczenia na nas swojej wizji Palermo. Po analizie okazało się, że dla nas zostało aż 2 godziny wolnego,  środowego popołudnia, które nie były jeszcze wypełnione kolejną aktywnością. Jakże ona się myliła…